niedziela, 26 lipca 2015

Rozdział IX - Dwie strony tej samej monety


Pozbierać jest się dziesięć razy trudniej, niż rozsypać.

Suzanne Collins

Siedziałam na dachu jednego z najwyższych budynków Bludhaven. Musiałam pomyśleć. Czy powinnam powiedzieć prawdę Bruce’owi? Przecież powinien wiedzieć, że Jason żyje. Chłopak prosił mnie jednak o dyskrecję, więc będę dyskretna. Chyba jestem mu to winna.

W jednej chwili zaczął padać deszcz. Zimne krople spływały po mnie i musiałam wrócić do domu. Wstałam i zaczęłam iść w stronę schodów pożarowych. Wtedy usłyszałam dobrze znany mi dźwięk wyciągania katany. Odwróciłam się i zobaczyłam pięciu wojowników Ligii Zabójców. Trzech z nich miało w rękach katany, a dwoje sai. Pierwszy z nich ruszył na mnie z kataną. Szybko nad nim przeskoczyłam, złapałam za jego kostium i przerzuciłam go przez ramię. Następnie uderzyłam go w twarz chyba zbyt  mocno, bo stracił przytomność. Czasem zapominam o mojej super sile. Wtedy podbiegło do mnie kolejnych dwóch wojowników, jeden z sai, drugi z kataną. Assasyn z mieczem chciał wbić mi ostrze w brzuch, ale ja skoczyłam na nie, odbiłam się i kopnęłam w twarz wojownika z sai. On upadł, a ja uderzyłam go w brzuch. Odebrałam mu sai i zaczęłam pojedynek na ostrza z pozostałą trójką. Pierwszym z nich rzuciłam tak mocno, że wylądował na sąsiednim budynku. Kolejnemu złapałam ręce, a ostatniego lekko poddusiłam. Żaden z niuch nie wstanie zbyt szybko. Chwilę później zobaczyłam jeszcze jednego wojownika, ale innego. Był o wiele niższy, miał kombinezon z kapturem i katanę. Dobrze wiedziałam, kim jest. Uśmiechnęłam się i podeszłam do chłopaka. On w tym samym czasie ściągnął kaptur odsłaniając swoje czarne włosy i zielone oczy. I on się uśmiechnął.

-Tęskniłam za tobą Damianie – odezwałam się – I za naszymi treningami.

-Ja również. Tym bardziej się cieszę widząc, że i ty ćwiczyłaś.

-Musiałam się czymś zająć.

-Tak więc pewnie zadowoli cię fakt, że od jutra wznawiamy treningi – udałam zachwyt i zrobiłam głośny wdech.

-To najlepsza rzecz, jaka mnie w życiu spotkała – Damian zaśmiał się – Tak jak zawsze?

-Dokładnie. Do zobaczenia jutro.

-Do zobaczenia – chłopak zaczął znikać w deszczu i ciemności, a ja wróciłam do domu. Nie przeszkadzam mi deszcz czy zimno. Byłam po prostu szczęśliwa, że Damian wrócił.

***

Weszłam na salę treningową i zobaczyłam kończącego rozgrzewkę Damiana. Podeszłam do niego i szybko się przebrałam.

-To od czego chcesz dzisiaj zacząć?

-Podobało mi się, jak wczoraj skoczyłaś na katanę. To był zaskakujące.

-Masz rację, to przydatna sztuczka. Mogę cię jej nauczyć – chłopak pokiwał głową. Wzięłam katanę ze ściany i podeszłam do manekina – Najważniejsze jest, być dobrze skoczył na katanę. Musisz wycelować pięć centymetrów od jej zakończenia, wybić się, wylądować w wycelowanym miejscu i odbić się. Nie możesz za długo stać na katanie bo w końcu przetniesz sobie stopę. Góra trzy sekundy. Kiedy już opanujesz stawanie, skok nie będzie dla ciebie problemem. Będziesz mógł robić wiele kombinacji. Spróbujesz – Damian potwierdził kiwnięciem. Przybrałam pozycję do walki, chłopak wskoczył na katanę, odbił się od niej i kopnął manekina, perfekcyjnie lądując na ziemi. Z wrażenia upuściła miecz – Nie widziałam jeszcze, żeby komuś udało się to za pierwszym razem.

-Jestem utalentowany, mówiłem ci. Matka i dziadek szkolą mnie, bym dowodził Ligą Zabójców.

-To nie tylko kwestia treningów, ale i genów. Powiedz, kim jest twój ojciec – Damian odwrócił wzrok.

-Nie wiem – skłamał.

-To tajemnica, tak? – kiwnął głową – Trudno. Będę się musiała obyć bez tej informacji. Chodź, poćwiczymy jeszcze – chłopak uśmiechnął się, a następnie wrócił do ćwiczeń.

***

 Na sam koniec treningu zrobiliśmy sobie pojedynek szermierski. Damian był w swoim żywiole. Jego ostrze z każdym razem robiło się coraz szybsze. Na szczęście i ja nie byłam zbyt wolna. Odpychałam jego ataki, a następnie sama zadawałam cios. I on jednak je odpierał. W końcu udało mi się zranić go w rękę. Z ramienia chłopaka zaczęła wypływać krew.

-Na dzisiaj wystarczy. Opatrzeć ci rękę?

-Nie trzeba – Damian sięgnął do swojej toby i wyciągnął z niej bandaż. Owinął nim ranę, a następnie schował z powrotem do torby.

-Do zobaczenia jutro?

-Do zobaczenia jutro – chłopak zabrał torbę i wyszedł z sali. Obejrzałam ostrze katany. Nadal znajdowała się na nim jego krew. Wyciągnęłam z kieszeni chusteczkę i wytarłam nią ostrze. Następnie podeszłam do plecaka, wyciągnęłam z niego szczelnie zamykany woreczek i schowałam do niego chusteczkę. Odłożyłam katanę na miejscem, przebrałam się i opuściłam salę.

Kiedy opuściłam posiadłość i znalazłam się od niej w odpowiedniej odległości, wyciągnęłam telefon i wybrałam jeden z numerów. Po czterech sygnałach odezwał się damski głos.

-Halo?

-Cześć Cass, tu Angel.

-Witaj Angel. Coś się stało?

-O tak. Mam krew chłopaka. Możemy sprawdzić nasze przypuszczenia.

-To świetna wiadomość. Przyjechać po nią? – pokręciłam głową.

-Nie. Podjadę dzisiaj do was. Chcę być przy badaniu krwi. Wyjeżdżam za jakąś godzinę.

-W porządku. Do zobaczenia.

-Na razie – rozłączyłam się i schowałam komórkę. Nie zatrzymując się wróciłam do mieszkania.

Richarda znów, nie było, więc zostawiłam mu wiadomość, że wyjeżdżam do Gotham. Przebrałam się w czarne jeansy, motocyklówki, szarą bluzkę i bordową ramonezkę. Zabrałam plecak z próbką krwi i wyszłam z budynku. Wsiadłam na motocykl i ruszyłam do Gotham City.

***

Siedziałyśmy w Bat Jaskini i czekałyśmy na analizę krwi. Z jednej strony miałam nadzieję, że się mylimy, że to nie będzie prawda. Z drugiej jednak, gdybyśmy miały rację, to uzyskałybyśmy drastyczną przewagę nad Talią i Ligą. To my wydawałybyśmy rozkazy. Spojrzałam na czarnowłosą dziewczynę siedzącą obok mnie.

-Myślisz, że mamy rację? – zapytałam.

-Zaraz się przekonamy. Mam jednak przeczucie, że się nie ,mylimy. Kiedy jeszcze byłam w Lidze, aż huczało o ich romansie – spuściłam wzrok. Tylko sekundy dzieliły nas od poznania prawy.

W końcu usłyszałyśmy dźwięk, informujący o zakończeniu analizy. Spojrzałam na ekran komputera. Nasze spekulacje, się potwierdziły. Plotki nie kłamały.

-Angel, miałyśmy rację. Teraz to my będziemy dyktować warunki, będziemy mieć Talię jak na tacy.

-Tak, ale muszę się z nią osobiście spotkać. Chcę zobaczyć jej wyraz twarzy, kiedy zrozumie, że przegrała.

-Dużo bym dała, by też go zobaczyć.

-Nie martw się. Opowiem ci ze szczegółami – obie zaśmiałyśmy się, a potem Cass wstała i przytuliła się do mnie.

-Ratujesz mi życie Angel. Gdyby nie ty, Liga dalej by mnie ścigała.

-Zrobiłyśmy to razem. Wygrałyśmy. Liga już nigdy nam nie zagrozi – dziewczyna uśmiechnęła się i wypuściła mnie z objęć. Szczęśliwe  ze zwycięstwa, wróciłyśmy na górę i zaparzyłyśmy sobie pysznej, gorącej herbaty.

 

Narracja trzecio osobowa

Zielonooka kobieta przyglądała się walce. Czarnowłosy chłopiec doskonale radził sobie z wyszkolonymi zabójcami. Jeden z nich chciał zaatakować go kataną, ale on wskoczył na ostrze, a następnie kopnął go w twarz. Kobieta wstała i zaczęła głośno klaskać, dając tym samym znak, by zakończyli.

-Pięknie! Robimy postępy Damianie.

-Owszem matko. Myślę, że Angel nauczyła mnie już bardzo wiele.

-Powiedz mi, jak sądzisz, czy ona zechce wrócić do Ligii? – chłopiec zamyślił się przez chwilę, ale później od razu odpowiedział.

-Nie matko. Angel już nigdy więcej nie zabije.

-Co za pech – kobieta odwróciła się od reszty – Nie ma więc sensu tego ciągnąć – ponownie spojrzała na chłopca – Pożegnasz się z nią jutro. Do koniec treningu.

-Ale matko…

-Nie sprzeciwiaj mi się Damianie! Zrobisz jak każę. Potem ja się z nią rozmówię.

-Jak sobie życzysz matko – Damian ukłonił się kobiecie, a następnie zaczął iść w stronę wyjścia.

-Damianie! – zatrzymała go matka – Wszystkiego najlepszego – chłopiec kiwnął głową i wyszedł razem z resztą wojowników. Kobieta usiadła na brązowym fotelu i spojrzała w jakiś punkt w oddali.

-Szkoda, Angel. Twoja przyjaciółka mogłaby jeszcze pożyć.

niedziela, 19 lipca 2015

Rozdział VIII - Duch


Nagle tak cicho zrobiło się w moim świecie bez Ciebie.

Janusz Leon Wiśniewski

Powoli zaczęłam się budzić. Jasne światło przebijające się do pokoju zmusiło mnie do otwarcia oczu. Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Nie był to pokój, w którym zasypiałam. Jego ściany były pokryte ciemnobrązową farbą oraz bogatymi, złotymi zdobieniami. Podłoga była wykonana z ciemnego drewna, podobnie jak meble.

Podniosłam się i usiadłam na skraju łóżka z baldachimem. Głowa strasznie mnie bolała, najprawdopodobniej bo moim wczorajszym występku z alkoholem. Jednym słowem, miałam kaca. Zauważyłam, że nie mam na sobie wczorajszej sukienki, a jedynie za dużą czarną koszulkę i bieliznę.

Niespodziewanie do pokoju wszedł Richard. On także nie miał na sobie garnitury. Był ubrany w czarne jeansy, szarą koszulkę i buty. Niósł w rękach wodę i jakieś tabletki. Usiadł obok mnie i podał mi je.

-Wypił. Pomogą ci – posłusznie wykonałam polecenie i połknęłam pigułki.

-Gdzie jesteśmy Dick?

-U Bruce’a. Wczoraj zachowywałaś się zbyt radykalnie by zostać na weselu – o boże, co ja tam wyprawiałam.

-Zostawiłam Emily. Jaka ze mnie przyjaciółka?

-Em to zrozumiała. Chciała, żebyś jak najszybciej doszła do siebie – kiwnęłam porozumiewawczo głową.

-To co dokładnie robiłam?

-Pierw chciałaś wyskoczyć przez ono, potem groziłaś mi nożem do jedzenia, a na końcu chciałaś się pieprzyć – o kurde, musiałam nieźle popalić Richardowi – Ostatecznie podałem ci środki nasenne i wsadziłem do samochodu. Cassandra i Tim będą tu za jakąś godzinę. Ubrania masz na stołku. Zejdź na śniadanie, jak się ogarniesz – Dick wyszedł z pokoju. Powoli wstałam z łóżka. Już dało się odczuć poprawę, tabletki działają.

Podeszłam do stołka z ubraniami. Była na nim czerwona bluzka z krótkim rękawem, granatowe jeansy i adidasy. Pewnie ubrania Cass. Założyłam je i rozczesałam włosy. Wyszłam na zewnątrz i weszłam do łazienki. Przemyłam twarz wodą i przepłukałam usta. Byłam gotowa by zejść do jadalnii.

Tam zastałam Richarda, Bruce’a i Alfreda. Nie widziałam gospodarza domu od…od pogrzebu Jasona. Usiadłam obok mojego chłopaka i przywitałam się z Alfredem. Ten wyszedł, a po chwili wrócił z talerzem naleśników francuskich.

-Dziękuję – zaczęłam jeść. Alfred rozmawiał z Richardem, a Bruce nie spuszczał ze mnie wzroku. Przez niego, nie mogłam się skupić na jedzeniu. Odłożyłam sztućce i odeszłam od stoły. Dick już chciał za mną iść, ale Wayne go zatrzymał i sam ruszył za mną.

Usiadłam na kanapie w głównym pokoju, a mężczyzna usiadł obok mnie. Nie odzywał się, a jedynie przyglądał.

-Powiesz mi w końcu o co ci chodzi? – odezwałam się pierwsza.

-Cassandra została zaatakowana przez Ligę. W poszukiwaniu Ra’s wyjechałem do Chin, ale znalazłem tam jedynie karteczkę z napisem: „Twój aniołek nie jest już taki święty”. Wiesz może, co miał na myśli.

-Owszem. Talia złożyła mi „propozycję”. Jeżeli nie zabiję Cassandry, ona zajmie się Natalie.

-Nie mów mi tylko, że się zgodziłaś!

-Masz mnie za idiotkę. Poszłam z nią na impas. Talia zostawi Natalie w spokoju, jeżeli ja wytrenuję jedną osobę z Ligii. Dick ci tego nie powiedział?

-Nie chciał.

-To teraz już wiesz. Przesłuchanie skończone?

-Owszem – wstałam z kanapy i wróciłam do pokoju. Posiadłość Wayne’a to nie jest dom marzeń. Nie dla mnie. Kiedy przez kilka tygodni mieszkałam tu z Richardem, było inaczej. Wychodziliśmy na miasto, walczyliśmy z przestępcami, ćwiczyłam  z Jasonem… Oh, Jason. Bez ciebie jest tu tak cicho…

***

Ja, Dick i reszta Tytanów siedzieliśmy w wierzy. Czasem urządzaliśmy sobie małe spotkania, żeby powspominać stare, dobre czasy. Garfield opowiadał kiepskie żarty, Vick i Raven z kolei nabijali się z niego, Kori gotowała, a ja i Richard siedzieliśmy i przyglądaliśmy się wszystkim.

Pierw zadzwonił telefon Dicka, ale on go zignorował.

-Nie powinieneś odebrać. To może być coś ważnego.  

-Może zaczekać – chłopak pocałował mnie, ale i moja komórka dała o sobie znać – Nie…

-To może być coś ważnego – wstałam z kanapy i odebrałam telefon – Halo?

-Witaj Angel, tu Alfred.

-Cześć Alfredzie. Co u ciebie?

-Panienko Ross, czy mogę porozmawiać z Richardem? – mężczyzna mówił drżącym głosem.

-Co się stało Alfredzie?

-Chodzi o panicza Jasona…On…on nie żyje – nie miałam pojęcia z odpowiedzieć. Całkiem mnie zamroczyło. Upuściłam telefon na podłogę, a z moich oczu w sekundzie zaczęły wypływać łzy. Upadłam na kolana, nie mogąc przestać płakać. Dick podszedł do mnie i podniósł.

-Co się stało? Angel?

-Chodzi o Jasona – mówiłam przez płacz – On nie żyje – wtuliłam się w Richarda i starałam się zapomnieć, udawać, że nie odebrałam tego cholernego telefonu. Ale nie dało się, nadal się nie da zapomnieć o czymś takim.

***

Kiedy Cassandra i Tim wrócili, zajęłyśmy się wymyślaniem planu przechytrzenia Talii. Miałyśmy już kilka pomysłów, ale musiałyśmy je dopracować.

Z posiadłości wyjechaliśmy po obiedzie. Nie chciałam długo tam zostawać, zwłaszcza, że Bruce nie miał ochoty spędzić ze mną ani minuty. Po powrocie do domu, zajęłam się treningiem, a Richard poszedł do pracy. Byłam na siebie zła, bo opuściłam wesele Em jedynie przez moją głupotę. Waliłam w worek treningowy coraz mocniej, aż nie urwał się od sufitu. Wzięłam łyk wody z butelki i wróciłam do treningu.

Była już noc, a ja nadal trenowałam. Czas leciał tak szybciej, a ja skupiałam myśli na uderzeniach. Niespodziewanie, usłyszałam jak ktoś wchodzi do domu przez okno. Po cichu poszłam po pistolet i zaczęłam kierować się w stronę nieznajomego. Miałam skrytą nadzieję, że to Damian znów chciał włamać się do mieszkania. Kiedy jednak zobaczyłam w sypialni wysokiego i  masywnego człowieka wiedziałam, że to nie Damian. Odbezpieczyłam pistolet i wycelowałam w nieznajomego.

-Jeśli jesteś złodziejem, to masz szczęście, że jeszcze niczego nie ukradłeś.

-Nie jestem złodziejem Angel – znałam skądś ten głos – Jestem starym przyjacielem – powoli włączyłam światło, a moim oczom ukazał się dobrze mi znany chłopak, który myślałam, że jest duchem. Miał czarne, rozczochrane włosy i zielone oczy. Był ubrany czarną zbroję, wojskowe buty i brązową kurtkę. Patrzałam na niego z niedowierzaniem. Upuściłam pistolet i podeszłam bliżej niego.

-Jason? – zapytałam z niedowierzaniem.

-Długo się nie widzieliśmy, co ?

-Ale jak to możliwe? Byłam pewna, ze zginąłeś, wszyscy tak myśleliśmy!

-Bo zginąłem – spojrzałam na chłopaka pytająco – Ale Ra’s zanurzył mnie w Jamach Łazarza. Przywrócił mnie do życia.

-To dlaczego nie wróciłeś?

-Chciałem. Uwierz mi, chciałem. Ale nie potrafiłem wrócić do Gotham, póki on nadal żył.

-Joker.

-Zemszczę się na nim Angel, ale chcę cię poprosić o jedno. Nie mów Bruce’owi o naszym spotkaniu. Już za niedługo się spotkamy – Jay złapał mnie za rękę.

-Dlaczego do mnie przyszedłeś?

-Chciałem cię zobaczyć. Sporo mnie nauczyłaś i za to chcę ci podziękować. – chłopak pocałował mnie w policzek, a zaraz potem wyskoczył przez okno. Nie mogłam uwierzyć w to, co się stało. Wszystkie problemy związane z Ligą poszły w bok, bo właśnie okazało się, że Jason Todd żyje.

wtorek, 2 czerwca 2015

Rozdział VII - Pewność


Miłość nie polega na tym, aby wzajemnie sobie się przyglądać, lecz aby patrzeć razem w tym samym kierunku.

Antoine de Saint-Exupéry

Stałam przed lustrem i rozczesywałam włosy. Ja i Dick szykowaliśmy się na wesele Emily i Roy’a. Przez ostatnie dni oboje byliśmy podekscytowani, ja zwłaszcza po wieczorze panieńskim.

Po rozczesaniu włosów przejrzałam się. Miałam na sobie czerwoną sukienkę do kolan, bez ramiączek, z odkrytymi plecami oraz obcasy w tym samym kolorze. Założyłam naszyjnik od Dicka i pasującą do niego bransoletkę. Zabrałam srebrną kopertówkę i wyszłam z domu. Na zewnątrz czekał Richard. Był ubrany w czarny garnitur, muszkę i eleganckie buty oraz białą koszulę. Jego czarne włosy były roztrzepane na wszystkie strony.

-Może byś tak ogarnął swoje kłaki? – zapytałam ironicznie.

-Przepraszam mamusiu, że nie ulizałem się na kujona – rzuciłam wrogie spojrzenie chłopakowi, podeszłam do niego i poprawiłam fryzurę.

-Wystarczyło poprosić – pocałowałam czarnowłosego  i oboje weszliśmy do ciemnego mustanga, którego Dick pożyczył od Bruce’a. Już po chwili byliśmy w drodze.

***

-Tak – powiedziała Emily po słowach przysięgi. Dziewczyna miała na sobie piękną, białą suknię do ziemi bez ramiączek, obcasy w tym samym kolorze, długi welon i rękawiczki do łokci. Włosy miała spięte w cudowną koronę. Rudowłosy Roy był ubrany w elegancki garnitur, muszkę oraz buty. Zgaduję, że ufundowane przez Oliwera – Tak biorę – Roy pocałował swoją nową żonę, a wszyscy zaczęli bić brawo. Młoda para obrzucana płatkami kwiatów i grosikami wybiegła z kościoła, a potem weszła do samochodu. Ja i Richard, jak i wszyscy goście, również wsiedliśmy do pojazdów i udaliśmy się do restauracji, gdzie odbywać się będzie wesele.

Mieliśmy do dyspozycji cały dworek, który składał się z wielkiej sali, kilku łazienek, sypialni i wielkiego ogrodu. Ściany sali były ecrue, a sufit był ozdobiony złotymi malowidłami. Usiedliśmy na wyznaczonych miejscach i złożyliśmy młodej parze życzenia.

Kiedy już wszyscy byli obecni, rozpoczęliśmy posiłek. Na sali panował dość duży tłok, ale dało się dostrzec kilka znajomych osób. Naprzeciwko mnie siedzieli Raven i  Garfield. Rae miała na sobie purpurową sukienkę z krótkim rękawkiem i czarne bolerko. Gar natomiast był ubrany w granatowy garnitur. Przez moment go nie poznałam, gdyż jego skóra miała naturalny kolor, a blond włosy kontrastowały z zielonymi oczami. Jego uszy również przybrały naturalnych kształtów, a to wszystko dzięki nowej technologii opracowanej przez S.T.A.R. Labs. Dzięki niej Garfield może normalnie poruszać się po ulicy.

Obok Raven siedziała Kori. Była ubrana w zieloną sukienkę zapinaną na szyi, a jej czerwone włosy były spięte w kucyk. Obok Gara siedział Vick. Również miał na sobie ciemny garnitur i bez wahania pokazywał swoje mechaniczne części. W oddali mogłam zauważyć blondwłosego mężczyznę z bródką, Oliwera Queena, rodzinę Em i kilka znajomych z dawnych lat. Zaskoczyła mnie jednak obecność jednej pary. Dziewczyna, o czarnych włosach sięgających ramion i brązowych oczach. Miała na sobie czarną sukienkę bez ramiączek. Obok niej siedział wyraźnie młodszy chłopak, o czarnych włosach i niebieskich oczach. Był ubrany w dość drogo wyglądający garnitur. Nie spuszczałam z nich wzroku. Kiedy większość osób weszła na parkiet, ja podeszłam do pary i wyciągnęłam ich na zewnątrz.

-Cass, tak strasznie się o ciebie martwiłam. Wszystko dobrze?

-Tak, jestem tylko trochę posiniaczona, nic wielkiego – odpowiedziała Cassandra.

-Kłamie – odezwał się Tim – Była poważnie ranna, ale to silna dziewczyna – Cass uśmiechnęła się do chłopaka, a ja już wiedziałam co się nam szykuje.

-Tim, możesz nas na chwilę zostawić? – poprosiłam, a chłopak bez słowa wrócił na salę – Muszę ci coś powiedzieć Cass. Jakiś czas temu, Talia złożyła mi wizytę. Zagroziła, że jeżeli cię nie zabiję, to ona wykończy Natalie. Udało mi się jednak pójść z nią na ugodę.

-To i tak nic nie znaczy. Liga nie da mi łatwo spokoju. Bruce wyjechał do Chin w poszukiwaniu jakiś śladów Ligii. Myśli, że uda się mu przekonać Ra’s żeby się wycofał i zostawić mnie w spokoju.

-Czekaj, do Chin? Tam właśnie wybierał się Damian.

-Kto? – zdziwiła się dziewczyna. Czyżby nie wiedziała o jego istnieniu?

-Damian to syn Talii, którego szkoliłam do jakiegoś czasu. Zamiast…no wiesz.

-Więc jednak, Talia ma syna. Ale czemu chciała, żebyś go szkoliła?

-Też się nad tym zastanawiam. W końcu ona zawsze wolała sama szkolić swoich uczniów, a co dopiero syna.

-Możliwe, że mam podejrzenie o co może jej chodzić. Powiem ci, ale nie tutaj – Cassandra pociągnęła mnie za rękę i obie poszłyśmy w głąb ogrodu.

 

Oczami Tima

Poszły. Nie chciałem ich śledzić, co i tak by się nie udało, więc wróciłem na salę. Zauważyłem siedzącego po drugiej stronie Richarda i poszedłem w jego stronę. Dosiadłem się do przyrodniego brata, a on od razu zaczął rozmowę.

-To jak, ty i Cass? – zapytał.

-Tak, na to wygląda.

-Cieszę się. Kiedy po raz pierwszy się spotkaliśmy wiedziałem, że jesteście dla siebie stworzeni.

-To tak jak ty i Angel. Idealna z was para. Powiedz, kiedy masz zamiar się jej oświadczyć – Richard odwrócił wzrok.

-Sam nie wiem. Chcę być pewny.

-Ale Dick, jesteście razem trzy lata, znacie się od dzieciństwa, nad czym ty się jeszcze zastanawiasz?

-Nie chodzi mi o to, że z nią jest coś nie tak, albo że coś może nas rozdzielić! Boję się, że nie będę dobry w roli męża, a może w przyszłości ojca.

-Dick, aż się dziwię, że to ja muszę ci to mówić, ale jesteś super facetem i jestem pewny, że nie nawalisz – Richard zaśmiał się.

-Dzięki Tim. Ale, zastanawiam się jeszcze nad jednym – chłopak wyciągnął z kieszeni małe czerwone pudełeczko i otworzył je. W środku znajdował się złoty pierścionek z jakimś kryształem chyba – Nie wiem jak mam się jej oświadczyć. To wspaniała dziewczyna, chcę żeby to była wyjątkowa chwila.

-Pierścionek już sam w sobie jest wyjątkowy.

-To mojej matki. Wiem, że tata oświadczył się jej na trapezie. To musiało być coś wspaniałego.

-Angel cię kocha i jestem pewien, że jakkolwiek jej nie poprosisz, odpowiedź będzie brzmiała „tak” – Dick chciał coś powiedzieć, ale momentalnie zamknął pudełko i chował do kieszeni. Dziewczyny wróciły. Szły w naszym kierunku, więc wstałem z miejsca Angel i poszedłem do Cassandry, a niebieskooka dołączyła do Richarda.

 

Oczami Angel

Nawet nie zdążyłam usiąść do stołu, bo Dick zaciągnął mnie na parkiet. Grali wolny kawałek, więc byłam skłonna zatańczyć. Richard objął mnie w talii, a ja zawiesiłam ręce na jego szyi. Kołysaliśmy się w rytm muzyki, czułam się nadzwyczajnie miło.

-I co tam u Cass? – zapytał.

-Już z nią lepiej. Alfred jest świetnym lekarzem.

-Muszę się zgodzić. Nie jeden raz mnie zszywał – nie wiem czemu się zaśmiałam – Dobrze się bawisz?

-A ty?

-Nie odpowiedziałaś – powiedział stanowczo.

-Tak.

-Ja też, a możemy bawić się jeszcze lepiej. W końcu na górze są sypialnie.

-Zaczekajmy z  tym nocy, dobrze.

-No dobra – powiedział zrezygnowanie, a piosenka powoli się kończyła i zaczynała jakaś nieznana rytmiczna – Pójdę się przewietrzyć – powiedział niespodziewanie i wyszedł na zewnątrz.

 Odszedł, a ja przeniosłam swój wzrok na bar. Pieprzyć to, muszę się napić. Podeszłam do barmana i zamówiłam kolejkę drinków. Piłam szklankę za szklanką i zaczynałam widzieć podwójnie. Nawet mała ilość alkoholu potrafi namieszać mi w głowie. Po kilku kolejnych drinkach cały świat zawirował.

-Angel? – odezwał się ktoś za mną. Odwróciłam się i zobaczyłam dwie Emily – Dobrze się czujesz?

-Em, czy ty masz może siostrę bliźniaczkę, czy ja już odlatuję? – powoli wstałam z krzesła i zawiesiłam się na szyi dziewczyny – Chyba za dużo wypiłam – przyznałam.

-Chyba się z tobą zgodzę – w jednej chwili poczułam jak wszystko podchodzi mi do gardła. Ledwo co udało mi się dobiec na dwór i zwrócić moje dotychczasowe posiłki. Nim zdążyłam się zorientować, Dick był już przy mnie, podtrzymując mi włosy.

-Coś ty zrobiła? Wiesz przecież, co alkohol z tobą robi – kiedy już wszystko ze mnie wyleciało, Dick wziął mnie na ręce i zaniósł do sypialni. Położył mnie na łóżko, a oczy od razu zaczęły mi się zamykać – Zaraz przyniosę ci coś do picia, zaczekaj – Richard wyszedł, a ja nie wytrzymałam. Położyłam się na boku i zamknęłam oczy. Po niecałej minucie, usnęłam.

niedziela, 10 maja 2015

Rozdział VI - Przysięga


Kochać kogoś, to przede wszystkim pozwalać mu na to, żeby był, jaki jest.

William Wharton

Nasze treningi stały się regularne. Spotykamy się codziennie po moich zajęciach, Damian jest zawsze rozgrzany i od razu możemy zaczynać. Nadal jednak nie rozumiem, dlaczego akurat ja mam go szkolić. Talia i Ra’s to najlepsi wojownicy Ligii. Nie potrzebują mnie do nauki Damiana. To jednak lepsze niż walka w obronie Natalie. Przynajmniej mam pewność, że jest bezpieczna. Talia to bezlitosna zabójczyni, ale wie co to honor. Nie złamie słowa, już tego dowiodła.

***

Minęły dwa miesiące. Zdałam egzamin, za niedługo zakończę studia zarządzania. Będę miała wtedy więcej czasu na treningi z Damianem. Coraz lepiej mi się z nim dogaduje. Ostatnio mieliśmy bardzo ciekawą rozmowę.

-Gdybyś mogła cofnąć czas, wstąpiłabyś do Ligii?

-Czy ja wiem. Przez Ligę zawiodłam zaufanie przyjaciół, stałam się zabójczynią. A jednak zawdzięczam jej bardzo wiele. Dzięki Talii, Ra’s nauczyłam się nie zwracać uwagi na ból i porażki, a jedynie dalej pnąć się ku górze. Zabijałam, owszem, ale to tylko dodało mi sił. 

-Ale nie chcesz wrócić? – zapytał, a ja zaśmiałam się.

-Nie. Nigdy więcej nie wrócę. Nie zabijam od trzech lat i nie chcę, żeby to się zmieniło. Mam dom i kochającego chłopaka.

-Masz na myśli pana Nocne Skrzydło? – spojrzałam na niego ze zdziwieniem – Wiem, kim on jest. Matka mi powiedziała.

-Uważaj, żebyś się na niego nie natknął włócząc się po nocach. Nie bardzo lubi członków rodziny Al Ghul.

-Zapamiętam – i wróciliśmy do ćwiczeń.

Jego zapytanie o powrót do Ligii mnie zdziwiło, ale z drugiej strony zaczęłam mieć przez nie pewne podejrzenia.

***

Siedziałam na sali treningowej i czekałam na Damiana. Co dziwne, nie zjawiał się, a to do niego nie podobne. Niespodziewanie usłyszałam dźwięk otwierania drzwi. Momentalnie wstałam i już miałam przywitać się z chłopakiem, kiedy zrozumiałam, że to nie on. W drzwiach stał wysoki i umięśniony mężczyzna w podeszłym wieku. Miał siwe włosy i brodę. Był ubrany w ciemną zbroję i zieloną pelerynę. Stał poważny i wyprostowany. Nie miałam odwagi się odezwać. Stałam i wpatrywałam się w niego. Nagle, zaśmiał się.

-Nie sądziłem, że kiedyś sobaczę cię w takim stanie. Przerażona.

-Nie boję się – skłamałam. Cholernie się bałam, bo jego obecność nie zwiastowała niczego dobrego.

-Oboje wiemy, że to nie prawda. Ale nie martw się, jestem tu by porozmawiać.

-Gdzie Damian? – zapytałam, chyba z troski.

-W Chinach. Właśnie po to tu jestem. Jesteśmy zmuszeni przerwać wasze szkolenie. Musimy na trochę wyjechać z miasta.

-Kiedy Damian wróci?

-Poinformuję cię o tym osobiście.

-Wiesz, wystarczy, że zadzwonisz – zażartowałam, by jakoś odreagować. Co dziwne, Ra’s znów się zaśmiał.

-Niech tak będzie. Na razie możesz odpocząć, cieszyć się zdanym egzaminem. Właśnie, gratuluję. Kończysz studia, prawda.

-W zasadzie, to już je skończyłam. Czekam tylko na dyplom.

-Wspaniale. Jeszcze raz, gratuluję – Ra’s zaczął oddalać się w stronę drzwi. Po chwili, bez słowa wyszedł.

Odetchnęłam z ulgą i uklękłam. Moje nogi nie wytrzymały. Nie widziałam tego wariata od trzech lat. Teraz zjawia się i doprowadza mnie do histerii. Bo właśnie tak się czuje. W środku histeryzuję, bo mam wrażenie, że jego wizyta nie skończy się dobrze. Ale wyszedł. Musi wyjechać. Prędko nie wróci. Na szczęście.

Powoli wstałam z podłogi i spakowałam swoje rzeczy. Nadal lekko zdenerwowana zaczęłam iść w stronę domu.

***

Razem z Richardem siedziałam na kanapie i piłam wino. Czasem każdemu przyda się odrobina alkoholu. Musiałam się też zacząć przyzwyczajać, bo za tydzień Em i Roy biorą ślub i jak znam życie będę zmuszona pić. Emily zawsze potrafi mnie do wszystkiego przekonać. A jako że będę jej druhną, muszę się na to zgadzać.

-Powiedział, kiedy wróci? – zapytał Dick, kiedy powiedziałam mu o spotkaniu z Ra’s.

-Nie. Powiedział, że osobiście mnie zawiadomi.

-Nie wystarczyłby telefon? – zaśmiałam się

-Dokładnie to samo powiedziałam!

-Powiedziałaś mu to?! Prosto w twarz?! – pokiwałam twierdząco głową – Jezu,  jesteś moją idolką – znów się zaśmiałam – Tak z innej beczki, Bruce dzwonił, Cassandra jest u nich od jakiegoś czasu.

-Co? Dlaczego dopiero teraz nam o tym mówi?

-Powiedział, że Cass nie chciała, by ktoś wiedział. Środki ostrożności – to nic. Ważne, że jest cała.

-Mówił coś jeszcze?

-Jak co roku, zapraszał nas na Święta. Tym razem wcześniej niż zwykle.

-Woli mieć pewność, że przyjdziemy. W końcu w zeszłym roku dotarliśmy przed dziewiątą. Z twojej winy na dodatek, pamiętasz?

-Tak, tak. Chciałem pojechać skrótem, no i się zgubiliśmy. Ale to GPS nawalił!

-Akurat – prychnęłam. Dick uśmiechnął się i zbliżył do mnie i pocałował.

-To co, może przejdziemy do sypialni – uśmiechnęłam się, odłożyłam kieliszek, a Richard wziął mnie na ręce i zabrał do sypialni.

 

Oczami Damiana

Siedziałem w samolocie i oglądałem widoki. Słońce właśnie zachodziło, więc niebo miało piękne kolory. Nagle ktoś złapał mnie za ramię. Odwróciłem się i zobaczyłem matkę. Z udawanym uśmiechem usiadła naprzeciwko mnie i zaczęła mi się przyglądać.

-Dlaczego wyjeżdżamy? – zapytałem w końcu.

-Środki ostrożności. Batman zaczął nas szukać.

-Od kiedy to się go tak boicie? – matka zmarszczyła brwi.

-Nie boimy się go. Nie chcę, by zbyt szybko się o tobie dowiedział.

-Chcesz mnie nadal trzymać w tajemnicy. Nic nowego.

-To dla twojego dobra Damianie. W odpowiedniej chwili, poznasz go.

-Ale to ty zadecydujesz kiedy ta chwila nastąpi – matka spoważniała. Wstała z fotela i zaczęła iść w stronę jej części samolotu.

Dalej wpatrywałem się w niebo, ale zachód już prawie się skończył. Zrezygnowany odwróciłem się od okna i wyciągnąłem z plecaka książkę „Sherlock Holmes”. Otworzyłem na pierwszej stronie i zacząłem czytać.

 

Oczami Bruce’a

Siedziałem w jaskini i szukałem jakiś informacji o obecnym położeniu Ligii. Muszę się spotkać z Ra’s. Cassandra jest rodziną i nie pozwolę jej skrzywdzić. Nigdy więcej. Liga już i tak wystarczająco ją skrzywdziła. Tim ciągle opiekuje się Cass. Widać, że mu na niej zależy. Jej na nim też. Może jakoś im się ułoży. Zasługują na to.

W końcu wyłączyłem komputer i wróciłem na górę. Poprosiłem Alfreda o herbatę a sam poszedłem do Cassandry. Dziewczyna nadal była cała w siniakach i bliznach. Liga wysłała po nią najlepszych. Na szczęście, Cassandra była lepsza. Usiadłem na łóżku obok czarnowłosej, a ona uśmiechnęła się na powitanie.

-Jak się czujesz?

-Lepiej niż wczoraj. Jak zawsze.

-Bat – komputer wyszukuje położenia Ra’s. Kiedy go znajdę, porozmawiamy sobie.

-Bruce, nie musisz tego robić – dziewczyna złapała mnie za rękę – Poza tym, nie sądzę żebyś zdołał go udobruchać. Tym razem naprawdę namieszałam. Może mi już tego nie darować.

-Dopilnuję, żeby darował. Obiecuję – Cass uśmiechnęła się, a chwilę później Alfred przyniósł dwa kubki herbaty. Podałem jeden z nich Cassandrze, a z drugiego wziąłem kilka łyków. Dopilnuję, by Liga raz na zawsze zostawiła Cassandrę w spokoju.
Po skończonej herbacie wróciłem do jaskini. Komputer znalazł ślad. Ra’s jest w Chinach. Jak najszybciej przyszykowałem Bat – wing i zawiadomiłem Alfreda o moim wyjeździe.  Przebrałem się w kostium i po chwili byłem gotowy do lotu.

niedziela, 3 maja 2015

Rozdział V - Warunki


Zabijanie dla pokoju jest jak pieprzenie się dla cnoty.
Stephen King

Stałam przed wielkim kamiennym domem, jeżeli mogę to tak nazwać. To był raczej pałac. Znajdował się na małym wzniesieniu na obrzeżach Bludhaven . Był zrobiony z ciemnego kamienia, a chody prowadzące do niego z marmuru. Powoli weszłam na górę i zapukałam do drewnianych, potężnych drzwi. Nikt mi nie otworzył, więc pociągnęłam za klamkę i weszłam do środka. Znalazłam się w długim korytarzu pomalowanym na ciemne kolory. Po obu stronach znajdowała się masa drzwi. Szłam przed siebie i starałam się wypatrzeć chłopaka. Kilka razy próbowałam otworzyć jedne z drzwi, ale każde były zamknięte. Na końcu korytarza znajdowały się schody prowadzące na drugie piętro. Weszłam po nich i znalazłam się w bardzo jasnej sali treningowej. Ściany, jak i podłoga były białe. Na jednej ze ścian znajdował się rząd luster. Przy kolejnej zauważyłam stoisko z bronią. Były tam katany, tesseny, sai, tanto, bo i różnego rodzaju shurikeny. Po drugiej stronie stały manekiny do ćwiczeń, bieżnie i rowerki.  Zauważyłam też kilka barierek do ćwiczeń. Na środku sali leżała mata do ćwiczeń, a na niej stał Damian. Był ubrany w obcisły kombinezon i buty do łydki. Po co on tak się ubiera? Podeszłam do niego, a chłopiec z poważnym wyrazem twarzy odezwał się.

-Spóźniłaś się.

-Nie mogłam odnaleźć się w tej wartowni.

-Domyśliłem się. Może po prostu nie przywykłaś do takiego luksusu? – ten chłopak cholernie mnie wnerwia – Nie traćmy czasu. Zaczynamy?

-Może daj mi się najpierw przebrać – podeszłam do lustrzanej ściany, położyłam swoją torbę na podłodze i ściągnęłam z siebie bluzę. Następnie zdjęłam bluzkę na ramiączkach. Miałam teraz na sobie sportowy stanik i krótkie spodenki. Ściągnęłam jeszcze czarne sztyblety i założyłam schowane w torbie adidasy. Szybko spięłam włosy w kucyka i wróciłam do Damiana – Zacznijmy od krótkiego sparingu. Jestem ciekawa ile potrafisz.

-Możesz się zdziwić – chłopak uśmiechnął się wrednie i zadał pierwszy cios.

Kopnął mnie w brzuch, ale szybko zrobiłam unik i spróbowałam go podciąć. Damian podskoczył, a następnie wylądował na rękach i kopnął mnie w podbródek. Muszę przyznać, że walczy bardzo dobrze. Pośpiesznie uderzyłam go w twarz. Chłopak cofnął się, ale chwilę potem ponownie spróbował mnie kopnąć w brzuch. Z małym trudem złapałam go na stopę.

-Musisz częściej zmieniać ciosy. Nie daj się rozszyfrować przeciwnikowi.

Damian nie odpowiedział, a jedynie wyrwał się z uścisku i kopnął mnie w twarz z półobrotu. Wykorzystał moją chwilę słabości i podciął mnie. Upadłam na ziemię, a on zaczął okładać mnie pięściami. Tego było za wiele. Złapałam go nogami za szyję i przycisnęłam do ziemi. Podniosłam się, a kiedy Damian wstał, kopnęłam go w brzuch, pociągnęłam za włosy uderzyłam głową o ziemię. Chłopak nie wstawał. Mam nadzieję, że nic mu się nie stało. Szybko kucnęłam przy nim i już miałam go podnieść, kiedy wyciągnął schowany sztylet i zadrapał mi rękę. Cofnęłam się od niego i starałam się zatamować krew. Bachor musiał przeciąć mi żyłę.

-Zwariowałeś?! Walka się skończyła.

-Nieprawda. Walka jest skończona, kiedy przeciwnik jest martwy. Na pierwszy rzut oka wiedziałem, że nie nauczysz mnie niczego pożytecznego.

-Liga i te jej idiotyczne zasady. Czułam, że tak właśnie to będzie wyglądało – podeszłam do lustra i urwałam kawałek rękawa bluzy. Szybko zatamowałam krwawienie i wróciłam do Damiana – Nie wiem ile to ma jeszcze potrwać, ale jeżeli mamy jakoś współpracować to musimy ustalić pewne zasady.

-Jestem otwarty na propozycję.

-Po pierwsze, walka kończy się, jeśli przeciwnik nie wstaje pięć sekund. Po drugie, w walce nie używamy broni, jeśli na to nie pozwolę.

-Po trzecie, jeśli masz mnie uczyć, najpierw sama popracuj nad swoją własną techniką – zacisnęłam pięści. Jeszcze jedno słowo chłopaka i wyjdę z siebie.

-Nie jesteś zadowolony ze współpracy, ja także, ale na razie musimy się jakoś dogadać. Kiedy Talia zdecyduje, że szkolenie się skończyło, każde z nas pójdzie w swoją stronę.

-Już nie mogę się doczekać – Damian uśmiechnął się wrednie, a ja znów miałam ochotę go walnąć.

-Poczekam aż krwawienie ustanie. Poćwicz sobie trochę na bieżni.

Damian wykonał polecenie, a ja usiadłam na ziemi i zerknęłam na ranę. Nie była głęboka, ale idealnie wycelowana. Dzieciak dobrze wie gdzie ma zadać cios. To na pewno jego wielki atut. Ponownie przewiązałam ranę materiałem i czekałam aż siła w ręce mi wróci. Zszyję ranę kiedy wrócę. Zaczęłam przyglądać się chłopakowi. Ustawił urządzenie na najwyższe obroty i nawet się nie męczył. Jestem ciekawa od ilu lat Talia go szkoli. Skoro jest jej synem, to zakładam, że od małego. Nasza współpraca nie wyjdzie, jeżeli młody będzie taki arogancki. Musi okazywać mi szacunek, jak mistrz swojemu uczniowi. Dopiero wtedy będziemy mogli coś osiągnąć.

Kiedy siła w ręce mi powróciła, podeszłam do Damiana. Chłopak nie przestawał ćwiczyć, a ja nie chciałam mu przerywać.

-Mam dla ciebie propozycję. Nie będę ci niczego narzucać, ty będziesz wybierał ćwiczenia i ty będziesz mówił kiedy przerywamy. W zamian oczekuję jedynie odrobiny szacunku – Damian spojrzał na mnie ze zdziwieniem i wyłączył bieżnię. Podszedł naprzeciw mnie i spojrzał pytająco.

-Mam wolną rękę?

-Owszem.

-Matka ani dziad zawsze zakazywali mi swoje ćwiczenia.

-Nie jestem ani Talią, ani Ra’s. Nie oczekuję od ciebie jakiś niespotykanych wyników, w końcu masz tylko osiem lat. Sama dobrze pamiętam moje początki i dobrze wiem, że w Lidze nie jest łatwo. Zwłaszcza, jeśli uczy cię Talia.

-Kiedy wstąpiłaś do Ligii? – chłopak chyba zaciekawił się moją propozycją. Chce porozmawiać, więc zgaduję, że się zgadza.

-Kiedy miałam szesnaście lat, moich rodziców zamordował Salde Wilson. Talia przyszła do mnie i obiecała, że dzięki Lidze Zabójców będę mogła go zabić.

-Zrobiłaś to?

-Nie. Mogłam to zrobić, Slade był zdany na moją łaskę. Na szczęście w porę zrozumiałam, że zemsta nie jest jedynym rozwiązaniem. Jest najprostszym, ale nie jedynym. Kiedyś powiedziałabym, że darowanie komuś życia, to największy błąd jaki może popełnić zabójstwa. Teraz myślę, że to nasza największa siła – Damian spuścił głowę. Nie wiem, co chodziło mu po głowie. Ten dzieciak jest nie do odczytania.

-Liga zawsze uczyła mnie, że mam eliminować swoich przeciwników. Właśnie dlatego nie rozumiem, czemu matka aż tak chciała byś ty mnie szkoliła.

-Ja też tego nie wiem. Może na razie pomyśl, czy pasują ci warunki.

-Pasują – odpowiedział bez namysłu – Lepszych nie mogłaś zaproponować – uśmiechnęłam się i razem z chłopakiem zaczęłam rozciągać się na macie.

***

Siedziałam w pokoju i uczyłam się do testu. Za niedługo czekamy mnie ważny egzamin i staram się jakoś pogodzić naukę z treningami. Niespodziewanie do pokoju wszedł Dick.

-No i jak tam? Trening z szatanem nie zakończył się wizytą w szpitalu?

-Bardzo zabawne. Młody zranił mnie w rękę, ale to nic poważnego. Na szczęście udało się nam dojść do porozumienia.

-Widzisz. Mówiłem ci, że dasz radę.

-Tak. Oczywiście miałeś rację. Tak jak zawsze – Richard usiadł obok mnie i pocałował mnie w policzek.

-Nie przemęczaj się za bardzo. Pamiętaj, już dawno nie walczyłaś – po tych słowach Dick poszedł do łazienki, a ja zdałam sobie sprawę jak wielką rację miał Damian. Jeśli naprawdę chcę go czegoś nauczyć, to sama muszę najpierw się podszkolić.

Momentalnie wstałam z łóżka i poszłam do salonu. Uruchomiłam bieżnię, na której zwykle ćwiczył Dick i zaczęłam ćwiczyć.

 

Narracja trzecio osobowa

Zielonooka kobieta stała w ciemnym pomieszczeniu, wpatrzona w starszego mężczyznę siedzącego na skórzanym fotelu. Starzec był umięśniony i wysoki. Miał siwe już włosy oraz brodę. Był ubrany w czarną zbroję i zieloną pelerynę. Mężczyzna przez długi czas nie odzywał się do zielonookiej.

-Ojcze – odezwała się kobieta – Damian rozpoczął już trening.

-Istotnie – mężczyzna powoli wstał z fotela i podszedł do córki – Jak sprawuje się dziewczyna?

-Damian lekko ją zranił, ale to nic poważnego. Zdołali odnaleźć wspólny język.

-To zadowalająca wiadomość. Informuj mnie na bieżąco. Problem z Cassandrą Cain musi zostać rozwiązany. Nasi wojownicy zranili ją dość poważnie, ale dziewczyna uciekła im ich ukryła się w posiadłości Wayne’a. Jeżeli nie uda ci się przekonać Angel do powrotu, sama będziesz musiała zlikwidować problem.

-Oczywiście ojcze. Dopilnuję, by Cassandra odpowiedziała za swoje czyny.

-Nie zawiedź mnie Talio. Napraw błąd, jaki popełniłaś trzy lata temu – nic nie mówiąc kobieta opuściła pomieszczenie, a mężczyzna znów usiadł na fotelu – Przygotuj się na śmierć Cain. Ona nadejdzie znienacka.

niedziela, 26 kwietnia 2015

Rozdział IV - Informacje


Ludziom zawdzięczam bardzo wiele, zwłaszcza problemów…

Stałam przed wielkim budynkiem z napisem „Capitol”. Denerwowałam się. Kogo mam szkolić? Co jeżeli to jedna wielka pułapka? Muszę zaryzykować. Wzięłam głęboki wdech i przeszłam przez drzwi. Ściany hotelu były wykonane z jasnego marmuru, a podłoga z piaskowca. Sufit holu był w kształcie koła. Podeszłam do recepcji. Stał przy niej młody mężczyzna, ubrany w uniform boya, o zielonych oczach i rudych włosach.

-Dzień dobry. Mam umówione spotkanie w pokoju nr. 236 – mężczyzna sprawdził coś w komputerze, a po chwili uśmiechnął się i podał mi klucz.

-Drugie piętro, trzecie drzwi po prawej.

-Dziękuję bardzo – odeszłam od boya i weszłam po kamiennych schodach. Korytarze hotelu wydawały się być nieskończenie długie. W końcu dotarłam do mojego pokoju. Włożyłam klucz do drzwi i przekręciłam go. Po chwili byłam już w środku. Pokój był pomalowany na jasny błękit, a podłoga wykonana z szarego dywanu. Większość mebli było białych, z niebieskimi dodatkami. Moją uwagę przykuło wspaniałe, białe łoże z błękitnym baldachimem.

Nie widziałam by w pokoju był ktoś jeszcze. Czułam jednak, że ktoś mnie obserwuje. Jeszcze raz rozejrzałam się po pomieszczeniu. Mój wzrok zatrzymał się na drzwiach balkonowych. Były otwarte. Wyciągnęłam schowane przy spodniach sai. Nasłuchiwałam jakiegokolwiek dźwięku. W jednej chwili poczułam czyiś oddech na karku. Momentalnie odwróciłam się i przystawiłam przeciwnikowi ostrze do gardła. Nie miałam pewności czy nieznajomy jest karłem, czy dzieckiem. Miał najwyżej metr trzydzieści wzrostu i był ubrany w ciemny kostium jaki noszą wojownicy Ligii, ale ci naprawę dobrzy. Na głowie miał kaptur, więc nie mogłam nic więcej dostrzec.

-Jeżeli zabierzesz mi sai z gardła – odezwał się dziecięcym głosem - będziesz mogła rozwiać wszystkie wątpliwości – powoli zabrałam ostrze i przypięłam je do spodni. Chłopak ściągnął kaptur i zaczął mi się przyglądać z wrednym uśmiechem. Miał najwyżej siedem, może osiem lat. Jego włosy były czarne, a oczy szmaragdowe. Te oczy. Są dokładnie takie same jak oczy Talii. To jej syn.

-To chyba jakiś żart – powiedziałam po chwili ciszy – Mam szkolić jakiegoś dzieciaka?

-Uwierz mi, ja także nie jestem zadowolony tym układem. Musze jednak słuchać matki – prychnęłam.

-Ile ty w ogóle masz lat?!

-Osiem – odpowiedział obojętnie.

-Niewiarygodne. Nie wiedziałam, że Liga prowadzi przedszkole.

-Zważaj na słowa. Nie zapominaj, że jestem wnukiem Ra’s al Ghula. Jestem wyjątkowy – chłopiec zaczął chodzić naokoło mnie i przyglądać mi się – Wiele o tobie słyszałem. Wiem jednak, że przeszłaś na emeryturę. Nie mam pewności, czy podołasz temu zadaniu – przysięgam, że jak ten bachor zaraz się nie przymknie to wpakuję mu sai do gardła – Jakoś wczoraj dużo czasu minęło, zanim mnie usłyszałaś.

-To byłeś ty! – złapałam chłopaka za ramiona i przycięłam go do ściany – Jakim prawem włamałeś się do mojego mieszkania?!

-Chciałem zobaczyć, z kim mam do czynienia. Lubię znać wszystkie informacje – puściłam chłopaka i przeczesałam ręką włosy.

-Powiedzmy, że wybaczam ci włamanie. Jak będą wyglądały treningi.

-Ty mi to powiedz. Moja matka nie przekazała mi żadnych informacji od nośnie sposobów szkoleniowych. Wiem jedynie, że treningi będą się odbywały w miejscowej posiadłości mojego dziadka – Świetnie, będę szkolić wnuka Ra’s al Ghula i to jeszcze w jego domu. No po prostu świetnie – Czy zgadzasz się na te warunki? – spojrzałam na chłopaka. Stał wyprostowany, z poważnym wyrazem twarzy. Widać było, że spędził z Ligą całe życie.

-Oczywiście, że się zgadzam.

-Wspaniale. Zaczynamy jutro o trzynastej. Oczywiście zrobię sobie przedtem odpowiednią rozgrzewkę i od ciebie oczekuję tego samego – chłopak zaczął kierować się w stronę balkonu – Adres czeka już na ciebie w mieszkaniu. Oczekuję punktualności.

-Ależ oczywiście nieznajomy – chłopak przewrócił oczyma.

-Czy aż tak potrzebujesz wiedzy o moim imieniu?

-Lubię mieć wszystkie informacje – uśmiechnęłam się wrednie, a chłopiec zmarszczył brwi.

-Damian.

-Angel.

-Wiem przecież. Wychodzisz pierwsza.

-Tak jest – powoli wyszłam z pokoju, a następnie z hotelu. Nie mogłam uwierzyć, że Talia ma syna. Owszem, wspominała coś o ukochanym, ale nie sądziłam, że romans zaszedł tak daleko. Kim jest jego ojciec. Acha, to pytanie z pewnością będzie chodziło mi po głowie przez najbliższe dnie. Może jakoś uda mi się tego dowiedzieć.

***

Weszłam do mieszkania i zamknęłam drzwi z hukiem. Richard zerwał się z kanapy i podszedł do mnie.

-Co się stało? – zapytał z buzią pełną chipsów – Coś nie tak? – rzuciłam mu wrogie spojrzenie. Chłopak szybko przełknął pokaram.

-Okazało się, że mam szkolić ośmioletniego dzieciaka! Wyobrażasz to sobie?! – przeszłam do kuchni i wyciągnęłam z szafki butelkę wódki. Otworzyłam ją i nalałam trunku do szklanki – Do tego ten bachor był tu w nocy. Podglądał mnie! – wypiłam całą szklankę na raz, a Dick nie spuszczał ze mnie wzroku. Poczułam napływające ciepło. Już zapomniałam jak alkohol na mnie działa. Zakaszlałam i jak najszybciej popiłam trunek wodą. W jednym momencie Richard wybuchnął śmiechem.

-Boże, przepraszam, ale, – chłopak nie mógł powstrzymać się od śmiechu – ostatni raz widziałem cię taką zdenerwowaną kiedy dałem ci do spróbowania wasabi.

-Naprawdę, bardzo zabawne. Jutro będę zmuszona szkolić go w domu Ra’s al Ghula - usiadłam na kanapę i westchnęłam. Dick usiadł obok mnie, a ja położyłam głowę na jego ramieniu – Boję się – przyznałam w końcu, a chłopak spojrzał na mnie z wielkim zdziwieniem – Boję się, że nie dam rady go wyszkolić, a wtedy Talia zabije Natalie.

-Angel. Jesteś jedną z najlepszych wojowniczek jakie znam. Liga cię wyszkoliła, wiec nie będziesz miała problemu z nauką tego dzieciaka.

-Może masz rację – Dick pocałował mnie w policzek.

-No pewnie, że mam – uśmiechnęłam się i pocałowałam chłopaka w usta.

 

Narracja trzecio osobowa

Czarnowłosy chłopak siedział przy kominku i przyglądał się tańczącemu ogniu. Lubił patrzeć na ogień. Podobało mu się w nim to, że bardzo trudno go powstrzymać i jest zabójczy. Dokładnie tak jak ona. Czemu się spóźniała? To pytanie dręczyło go od dłuższego czasu. Wstał z fotela i podszedł do okna. Jego niebieskie oczy nie spuszczały wzroku z horyzontu. Martwił się. Już dawno powinna tu być.

Po kilku minutach, udało mu się dostrzec sylwetkę kobiety. Nie był pewny, czy to ona. Poruszała się nienaturalnie. Po chwili, jednak był pewien. Jej czarne włosy i brązowe oczy poznałby wszędzie. Niestety zauważył coś dziwnego. Kiedy zorientował się, co się dzieje, wybiegł z posiadłości i złapał ją kiedy o mało się nie przewróciła. Jej ubranie było zakrwawione, a ona sama ledwo przytomna. Chłopak zaniósł ją do domu i zatamował krwotok. Był sam. Musiał sobie poradzić. Jak najszybciej pobiegł po bandaże, a w między czasie zadzwonił po pomoc. Opatrzył powierzchownie dziewczynę i przyniósł jej coś do picia. Czarnowłosa wypiła szklankę wody i położyła się by choć na trochę odetchnąć.

-Co się stało? – zapytał w końcu chłopak

-Cóż – dziewczyna ledwo co mówiła – Przesadziłam. Zadarłam z Ligą, eliminowałam ich. To już zaszło za daleko. Chcą się mnie pozbyć.

-Nie pozwolę im Cass. Przysięgam – dziewczyna położyła zakrwawioną dłoń na policzku chłopaka.  Czuła cos do niego, tak jak on do niej. Różnica wieku się nie liczyła – Ja…

-Wiem Tim, wiem – dziewczyna przyciągnęła czarnowłosego do siebie i pocałowała go – Zbyt długo na to czekałam.

-Stanowczo – tym razem to chłopak pocałował dziewczynę. Uważając, by jej bardziej nie zranić położył się obok niej i przytulał, by czuła się bezpieczna.