niedziela, 24 sierpnia 2014

Rozdział XI - Grzech


To, co można stracić w jednej chwili…buduje się najdłużej

Czułam się jak w niebie. Kiedy jego usta dotknęły moich poczułam tysiące motyli latających w moim brzuchu. Nie byłam pewna jak długo się całowaliśmy. Dla mnie, czas stał w miejscu. Mogłabym pozostać w tej pozycji do końca swoich dni.

-Richardzie – niespodziewanie pocałunek przerwał głos jakiejś dziewczyny.

Szybko odwróciliśmy się i ujrzeliśmy stojącą za naszymi plecami Kori. Jej zielone oczy szkliły się. Była bardzo bliska płaczu. Dick nic nie mówiąc wstał i podszedł z dziewczyną do windy. Kiedy znaleźli się już poza zasięgiem wzroku, znów odwróciłam się i posunęłam bliżej krawędzi wieży. Przy Richardzie byłam najszczęśliwszą dziewczyną na świecie, lecz kiedy on odchodził stawałam się nieobecna. Wpatrywałam się w jeden punkt daleko w mieście. Był to czubek jakiegoś wieżowca. Zastanawiałam się co zrobić żeby zostać w Gotham City. Może powinnam uciec? Może Emma mnie ukryje? Sama nie wiem. Nigdy nie byłam dobra w ucieczkach. Robiłam to wiele razy, kiedy rodzice czymś mnie rozgniewali, ale zawsze znajdowała mnie policja.

-Nie siedzisz za blisko krańca? – odezwał się ktoś zza moich pleców. Gwałtownie się odwróciłam i ujrzałam Raven. Nawet nie słyszałam jak podchodziła.

-Dobrze mi tu – Dziewczyna usiadła obok mnie i zaczęła wpatrywać się w jakiś punkt w oddali -  Na co patrzysz? – Raven się nie odezwała – Raven?

-Nie powinnaś szukać zemsty. Każdy, kto kieruje się jedynie chęcią wyrównania rachunków kończy martwy. Zwłaszcza z Deathstrokiem.

-Czekaj! Skąd ty wiesz, że szukam zemsty?

-Dick mi powiedział. Sam nie wiedział co ma zrobić, więc zadzwonił do mnie. Nie wiem czemu, ale uważa, że daje dobre rady.

-Więc, co mu poradziłaś?

-Najpierw, żeby powiedział ci prawdę o Robinie. Potem, żeby nauczył cię samej się bronić.

-I to właśnie zrobił.

-Dick to mądry chłopak. Czasem jest tylko zbyt poważny.

-Dick? Ten sam Dick, którego ja znam? Przecież on jest zabawny i buntowniczy i uwielbia robić szalone rzeczy.

-Kiedy był naszym przywódcą, był inny. Musiał podejmować bardzo ważne decyzje. Nie mógł sobie pozwolić na robienie szalonych rzeczy. Na początku był nawet wyluzowany, ale kiedy w mieście pojawił się Deathstroke…

-Więc Deathstroke był waszym wrogiem?

-Nawet największym. Deathstroke był niczym zabójczy bumerang. Cokolwiek byśmy nie zrobili żeby go pokonać, on i tak wracał. Obracał przyjaciół przeciwko nam, próbował za wszelką cenę zniszczyć drużynę.

-Czym mu zawiniliście?

-Nie my. Dick. Deathstroke chciał mieć praktykanta i wybrał Robina. Robił wszystko żeby tylko Richard przyłączył się do niego.

-Czy to przez Slade’a Dick opuścił Tytanów?

-Nie. Dick był bardzo blisko z Kori. Przez kilka miesięcy spotykali się.

-I co się stało?

-Kilka kłótni, zaniedbanych obowiązków. Do tego Kori nakryła Dicka kiedy on… – Raven zawahała się. Chyba nie była pewna czy powinna mi to mówić – Kiedy Dick całował się z Batgirl, Barbarą Gordon. Koriand’r wpadła w szał i przez kilkanaście dni nie wychodziła z pokoju.  Nie wiedzieliśmy dlaczego tak bardzo ją to wstrząsnęło. Wtedy Dick odszedł z drużyny.

-Przez nią?

-Przez to co zrobił. Było mu wstyd i nie chciał już zranić Kori – przez kilka minut nic nie mówiłyśmy. Siedziałyśmy na skraju wieży i wpatrywałyśmy się w miasto.

-Kori widziała jak całowałam się z Dickiem.

-Wiem. Też to widziałam.

-Czuję, że ją zraniłam.

-Nie, nie zraniłaś. Ona już dawno przestała czuć cokolwiek do Richarda. Jakieś dwa miesiące po rozstaniu z Dickiem zaczęła spotykać się z Royem Harperem, Speedeem.

-Nie czekała zbyt długo.

Niespodziewanie tuż przed nami pojawił się samolot. Szybko podniosłyśmy się, a z samolotu wyskoczyła białowłosa dziewczyna. Miała na sobie czarno – niebieską zbroję z szarymi wstawkami, brązowo czarną maskę sięgającą nosa, a w rękach trzymała katany. Byłam pewna, że to Rose. Dziewczyna wycelowała miecze prosto we mnie, ale Raven obroniła mnie polem siłowym. Rose przeskoczyła przez pole i próbowała nas zaatakować, ale Raven ją uprzedziła. Tytanka uniosła się w powietrze i zaczęła rzucać w Rose kamieniami z wody. Dziewczyna robiła szybkie uniki lub przeskakiwała nad skałami. Niespodziewanie jakiś umięśniony mężczyzna wyskoczył z samolotu i wskoczył na Raven. Oboje upadli na dach. Mężczyzna miał na sobie czarno brązową zbroję, również z szarymi wstawkami. Na głowie miał czarno brązową maskę, która miała tylko jeden otwór na oko. Wtedy z windy wyszli tytani. Zobaczyłam, że Dick miał teraz na sobie czarno – czerwony kostium, czarno – żółtą pelerynę, czarne buty, rękawiczki sięgające prawie do łokcia oraz maskę. Bestia pomógł Raven wstać i wszyscy stanęli naprzeciwko Rose i nieznajomego.

-Zostaw ją w spokoju Deathstroke – powiedział Dick

-Dobrze wiesz, że nigdy tego nie zrobię Robinie.

-Co ci da jej śmierć?!

-Och, źle mnie zrozumiałeś. Nie chcę jej śmierci. Po tym jak ty i Terra odwróciliście się ode mnie, potrzebowałem nowego praktykanta. Niestety przez długi czas nie mogłem znaleźć odpowiedniego kandydata. Wtedy przypomniałem sobie o Angel. Ona będzie idealna.

-Masz już przecież swoją Rose! Po co ci inna praktykantka?

-Nazywam się Ravager Tytanie i umiem już wszystko. Ojciec nie musi mnie niczego uczyć.

-Skoro umiesz już wszystko – odezwałam się – to czemu sama po mnie nie przyszłaś? – Rose się zezłościła. Już chciała się na mnie rzucić, ale Slade ją powstrzymał – Tak jak myślałam. Twój ojciec ci nie ufa i tak naprawdę nie wierzy, że sama dałabyś radę mnie pokonać. Dlatego szuka nowego ucznia. Bo po prostu się ciebie wstydzi.

Tego Rose nie wytrzymała. Uwolniła się od ojca i ruszyła w moim kierunku. Dick także zaczął biec w moją stronę. Niepotrzebnie. Specjalnie prowokowałam Rose. Miałam zamiar zemścić się na niej. Kiedy Rose była już tuż obok mnie wyciągnęłam mój pistolet.

-Angel nie! – wykrzyknął Dick kiedy zobaczył pistolet, ale było już za późno.

Pociągnęłam za spust. Kula trafiła Rose prosto w jej klatkę piersiową. Dziewczyna upadła na kolana. Krew wypływała z rany, a Rose zaczęła zamykać oczy. Slade szybko podbiegł do córki i zabrał ją do samolotu. Po chwili odlecieli. Wtedy Dick podszedł do mnie i złapał za ramiona.

-Co ty sobie myślałaś?! Zabiłaś ją!

-Zrobiłam to co uważałam za słuszne!

-Odebrałaś jej życie!

-One odebrała je moim rodzicom!

-Tony Zucco odebrał je moim, ale jakoś go nie zabiłem!

-A teraz jest na wolności! Gdybyś go zabił, nie byłoby z nim więcej żadnych problemów.

-Uważasz, że to jest dobre rozwiązanie? Odebrać komuś życie, żeby on nie odebrał ich więcej?

-Tak.

-Więc źle rozumujesz. Myślałem, że jesteś mądrzejsza. Koniec wycieczki. Jedziemy do domu.

Pożegnaliśmy się z Tytanami i wróciliśmy do domu. Po drodze ani ja, ani Dick się nie odezwaliśmy. Po półtorej godziny byliśmy na miejscu. Bez pożegnania zeszłam z motoru i weszłam do domu. Był pusty. Ciotka pewnie pojechała do firmy. Poszłam do swojego pokoju i położyłam się na łóżku. Wiedziałam, że zabicie Rose było grzechem, ale nie żałowałam tego. Nie miałam żadnych wyrzutów sumienia. Postąpiłam jak należy. Ravager nie odbierze już nikomu życia. Pierwsza część mojej zemsty wypełniła się . Teraz jeszcze druga – zabicie Deathstroke’a.

sobota, 2 sierpnia 2014

Rozdział X - Bądź sobą


Stwarzać pozory szczęśliwej. W głębi serca powoli się rozpadać…

Zaczęłam się budzić. Słońce dopiero wstawało, a niebo było różowo – pomarańczowe. Uwielbiam wschody słońca. Każdy jest inny. Wschód słońca jest nadzieją na nowy dzień. Dla mnie niestety nie ma żadnej nadziei. Muszę opuścić Gotham City. Nie mogę jednak wyobrazić sobie rozłąki z przyjaciółmi, no i z Dickiem. Do tego teraz dowiedziałam się, że Batman to Bruce Wayne, a Dick to Robin. Będę się o niego podwójnie martwić. Do całego kłębka kłopotów dołącza pan Slade Wilson, który za wszelką cenę chce mnie zabić. I tak właśnie powstaje nasza wybuchowa mieszanka czarnego kota. Ale cóż mam zrobić?! Ja wcale nie przyciągam pecha. On cały czas mi towarzyszy.

Kiedy słońce wreszcie wzeszło, poszłam się umyć i uczesać. Zrobiłam sobie koński ogon i podeszłam do szafy. Wyciągnęłam z niej czarne, skórzane spodnie, fioletową bluzkę z krótkim rękawem z napisem PEACE i czarną kurtkę skórzaną. Szybko założyłam na siebie ubrania. Następnie wyciągnęłam mój czarny plecak w fioletowe gwiazdki, który zwykle zabierałam ze sobą w góry i spakowałam do niego telefon, słuchawki, butelkę z wodą, portfel z pieniędzmi i kilka batonów na przegryzkę. Przypomniałam też sobie o mojej spluwie. Wyciągnęłam ją spod łóżka, gdzie leżała od śmierci rodziców i włożyłam za pasek spodni. Założyłam też moje czarne glany. Wysłałam smsa do Dicka z prośbą by po mnie przyjechał. Nie minęło dziesięć minut, a pod domem stał jego motocykl. Zabrałam ze sobą plecak i po cichu wyszłam z pokoju. Zajrzałam przez dziurkę od klucza do pokoju ciotki. Było ciemno, spała. Wolałam jednak zachować środki ostrożności. Po cichutku zeszłam po schodach i wyszłam z domu. Uścisnęłam Dicka na przywitanie i usiadłam na motocyklu. Po chwili Richard ruszył. Dziś nie było zbyt ciepło, a wiatr był bardzo silny. Zrobiło mi się chłodno więc mocno wtuliłam się w chłopaka.

-To co, jedziemy do szkoły? – zapytał Dick

-Nie mam dziś ochoty.

-Chcesz iść na wagary?

-Nie, oczywiście, że nie. Chcę po prostu spędzić czas z przyjacielem.

-Skądś to znam. To gdzie chcesz jechać?

-Nie wiem. Ty coś wymyśl – Richard przez chwilę zastanawiał się

-Już wiem. Pojedziemy do Jump City. Mieszkają tam moi przyjaciele. Myślę, że ich polubisz.

-Super. Nie mogę się doczekać.

-Przed nami jakaś godzina drogi.

-Tak szybko.

-Cóż, nie lubię ograniczeń prędkości.

Uśmiechnęłam się. Chłopak przyśpieszył i zaczął wymijać jadące samochody. Jechaliśmy w ciszy. Choć było tak wiele tematów do rozmowy, to ani ja, ani Dick się nie odezwał.

***

Zaczęliśmy dojeżdżać do granic Jump City. Wysokie budynki zaczęły wynurzać się zza górki. Podczas jazdy Dick zadzwonił do swoich przyjaciół i zapowiedział naszą wizytę.

-To powiesz mi wreszcie kim są ci twoi przyjaciele?

-To bohaterowie, tak jak ja. Nazywają się Młodzi Tytani. Kiedyś byłem ich liderem, ale postanowiłem wrócić do Batmana.

-Czemu? – Dick się nie odezwał. Chyba nie chciał poruszać tego tematu.

 

Przejechaliśmy przez całe miasto aż w końcu dotarliśmy do jego obrzeża. Wtedy ujrzałam wielką wierzę w kształcie litery T. Znajdowała się na wysepce położonej kilka metrów od brzegu.

-Teraz się nie wystrasz – ostrzegł mnie Richard. Po chwili chłopak przyśpieszył i wjechał prosto do morza. Niespodziewanie z wody wynurzył się metalowy tunel. Dick wjechał do niego. Przez chwilę jechaliśmy pod wodą, aż w końcu wjechaliśmy do podziemi wierzy. Pomieszczenie, w który się znajdowaliśmy było pomalowane na szaro. Stało w nim kilka motocykli, niebiesko biały samochód nieznanej marki i wiele narzędzi i urządzeń mechanicznych.

-To garaż – powiedział Dick i zaparkował przy reszcie motocykli. Oboje zeszliśmy z pojazdu i zaczęliśmy kierować się w stronę windy. Już po kilkunastu sekundach byliśmy na górze. Kiedy drzwi windy się otworzyły, zobaczyłam czwórkę nastolatków. Dwie dziewczyny i dwóch chłopaków. Pierwszy chłopak był szczupły, średniego wzrostu i był cały zielony. Jego skóra, włosy i oczy były zielone, a jego uszy były szpiczasto zakończone. Chłopak miał na sobie czarny kostium z fioletowym pasem po środku, szare rękawiczki i buty. Na widok Richarda szeroko się uśmiechnął. Tuż obok niego stał drugi chłopak. Miał ciemną skórę i niebieskie oko. W jego wyglądzie zdziwiło mnie jedno. Połowa jego głowy i cały  tułów były mechaniczne. Za chłopakami stała dość wysoka dziewczyna o długich rudych włosach i wielkich zielonych oczach. Jej oczy były niesamowite. Przypominały mi diamenty, tyle że zielone. Dziewczyna była ubrana w krótką spódniczkę, bluzkę bez ramiączek zapinaną na szyi, długie buty i rękawiczki bez palców sięgające łokcia. Wszystko było w kolorze jasnofioletowym. Za całą trójką stała szczupła i wysoka dziewczyna o bardzo bladej skórze, krótkich, fioletowych włosach i oczach oraz małym czerwonym diamenciku na czole. Była ubrana w body z długim rękawem, buty za kolana i pelerynę z kapturem. Wszystko ciemnofioletowe.

Dick przywitał się z przyjaciółmi, a następnie przedstawił mnie.

-Słuchajcie, to jest Angel, moja przyjaciółka, o której wam tyle mówiłem. Angel, to jest Bestia, – powiedział wskazując na zielonego – ale możesz mu mówić Garfield.

-No chyba że wolisz ciacho, albo macho – powiedział Garfield i puścił mi oczko.

-Chyba bardziej pasuje do ciebie kretyn – dodała dziewczyna z fioletowymi włosami. Wszyscy się zaśmiali, a Garfield posmutniał.

-To jest Raven – powiedział Richard wskazując na bladą dziewczynę – To Cyborg, – wskazał na mechanicznego – ale morzesz mówić mu Victor, a to Gwiazdka, – wskazał z rudowłosą – która naprawdę ma na imię Koriand’r.

-Bardzo miło mi cię poznać – Koriand’d podeszła do mnie i przytuliła mocniej niż niejeden mężczyzna by potrafił.

-Mi…też…jest…miło – ledwo co wydusiłam. Dziewczyna wreszcie mnie puściła. Uśmiech nie znikał z jej twarzy – Silna jesteś.

-Na mojej planecie taką siłę ma każdy.

-Jesteś kosmitką?

-Pochodzę z planety Tamaran, oddalonej od ziemi o jakieś trzysta lat świetlnych. Na Tamaranie mamy zupełnie inne zwyczaje niż te ziemskie, ale jedzenie jest podobne. Może chciałabyś spróbować którejś z moich Tamarańskich potraw – już miałam się zgodzić, kiedy zobaczyłam, że stojący za Gwiazdką chłopcy stanowczo odradzają mi spróbowania tych potraw.

-Wiesz, niedawno jadłam, ale następnym razem na pewno skosztuję twojego jedzenia.

-Nie ma sprawy. Mam nadzieję, że będziesz nas często odwiedzać.

-Ja też – naprawdę cała czwórka wydawała się bardzo miła. Czułam, że ich polubię.

Przez jakieś trzy godziny spędzałam czas  z Tytanami. Przez godzinę grałam w gry z Garem i Vickiem, następną godzinę spędziłam na malowaniu paznokci i robieniu makijażu z Kori, a ostatnią godzinę graliśmy w siatkówkę na dachu ich wierzy. Tak naprawdę tylko z Raven nie zamieniłam ani słowa. Nie to że nie chciałam, ale ona po prostu mnie unikała. Garfield powiedział mi, że ona jest bardzo poważna i raczej mało czasu spędza z przyjaciółmi. Wydaję mi się jednak, że ona jeszcze nie poznała kogoś podobnego do niej. Kogoś, kto by ją rozumiał.

Kiedy skończyliśmy grać, Tytani i Dick zeszli na dół coś zjeść. Ja postanowiłam zostać jeszcze na dachu. Było z niego widać całe miasto. Podeszłam do krańca dachu i usiadłam na nim. Zimny wiatr wiał mi w twarz. Kilka łez wypłynęło z mojego oka. Nie chciałam tego stracić. Domu, przyjaciół. Nie chciałam wyjeżdżać. Czemu życie jest takie niesprawiedliwe?

-Czemu tu siedzisz? – usłyszałam głos Richarda za moimi plecami. Szybko otarłam łzy i odwróciłam się w jego stronę. Dick usiadł obok mnie.

-Macie stąd bardzo ładny widok.

-Wiem. Kiedy byłem jeszcze członkiem drużyny, często tu przychodziłem. Codziennie wstawałem wcześnie rano i oglądałem wschód słońca. On kojarzy mi się z…

-Nadzieją – dokończyłam

-Dokładnie – znów posmutniałam. Dick zawsze dodawał mi otuchy. Straciłam go na kilka lat, teraz odzyskałam i co? Znów mam go stracić. Muszę mu wreszcie powiedzieć o przeprowadzce.

-Muszę ci coś powiedzieć Dick.

-Śmiało.

-Moja ciotka, ona chce żebyśmy się przeprowadziły.

-Co?! Gdzie?! - Dick gwałtownie złapał mnie za rękę

-Do Star City.

-Angel, nie możesz wyjechać. Kiedy opuścisz Gotham, Deathstroke cię zabije.

-Akurat on mnie najmniej martwi - uwolniłam się z uścisku Richarda

-Chwila, w Star City mamy przyjaciela, który w razie czego cię obroni. Zadzwonimy do niego i…

-Nie boję cię Deathstroke’a! Boję się, że znów cię stracę – przygryzłam wargi żeby się nie rozpłakać.

-Odwiedzałbym cię. Przyjeżdżałbym do ciebie co kilka dni i wyjeżdżalibyśmy na takie wypady jak ten. Mógłbym nawet przyjeżdżać codziennie.

-Nie będziesz musiał. Nigdzie z nią nie pojadę.

-Wiesz, że ona jest twoją jedyną rodziną. Musisz jej słuchać.

-Nie ufam jej! Takie same przeczucia miałam do Rose! Wtedy nie zaufałam instynktowi i kupiłam jej gadkę o ojcu, który ją nie kocha i o zmarnowanym życiu. Myślałam wtedy, że ona mnie rozumie. Nie popełnię drugi raz tego samego błędu. Nie zaufam tej jędzy i nigdzie z nią nie pojadę – odwróciłam się od Dicka. Nie chciałam żeby widział moje łzy. Muszę panować nad emocjami.

-Czemu taka jesteś?

-Jaka?

-Udajesz twardą i szczęśliwą, ale naprawdę, nie dajesz sobie rady i płaczesz.

-Bo nauczyłam się, że bycie sobą to za mało. Gdybym była sobą, nikt nigdy by mnie nie polubił.

-Nieprawda! Ja cię polubiłem. Kiedy pierwszy raz cię spotkałem. Lubię cię właśnie taką jaka naprawdę jesteś. Nieustraszona, uczuciowa, zabawna. Nie polubiłem szukającej zemsty i opanowanej Angel. Polubiłem zabawną Angel, która rzuciła się na mnie bo nazwałem ją hieną. Polubiłem Angel, która nie bała się latać ze mną po budynkach i która po mimo bólu nie dawała za wygraną. Nie zmieniaj się dla kogoś Angel. Bądź sobą. Taka jesteś najlepsza.

-Może dla ciebie, ale…

-Nie bądź najlepsza dla mnie, czy dla przyjaciół. Bądź najlepsza dla siebie – Dick miał rację. Jak zawsze zresztą. Muszę być sobą i nie dawać za wygraną choćby nie wiem co.

-Dzięki Dick. Naprawdę mi pomogłeś.

-Jak zawsze – przez chwilę nic nie mówiliśmy – Ja też muszę ci coś powiedzieć Angel. Zanim wyjedziesz.

-Słucham.

-Wiedz, że jesteś najlepszą rzeczą jaka spotkała mnie w życiu – teraz nie mogłam się powstrzymał. Łzy mimowolnie wypływały z moich oczu. Zbliżyłam się do Dicka, złapałam go za rękę, przyciągnęłam go tak, że prawie stykaliśmy się nosami i pocałowałam go.

wtorek, 22 lipca 2014

Rozdział IX - Jaskinia Batmana

Nie myślę o raju. Miłości nie ma dziś. Nie oczekuję czarów. Po prostu daj mi żyć.

-Witaj w jaskini Batmana – powiedział uśmiechnięty Dick. Prawie nie mogłam uwierzyć w jego słowa. A jednak ta jaskinia była niesamowita, niecodzienna.

-Dick, czy ty mnie przypadkiem nie robisz w konia.

-Nie – odezwał się ktoś za moimi plecami. Kiedy się odwróciłam, zobaczyłam wysokiego, umięśnionego mężczyznę o czarnych włosach i niebieskich oczach. Był to Bruce Wayne. Jego poważna mina była lekko przerażająca.

-Dlaczego mnie tu sprowadziliście? Dlaczego akurat teraz?

-Planowaliśmy zrobić to wcześniej, ale wtedy…

-Sprawy się skomplikowały – dokończył Dick – Jesteś super żołnierzem, lecz jesteś w poważnym niebezpieczeństwie.

-Nie rozumiem. Rose Wilson zabiła moich rodziców. Zemsta Slade’a się dopełniła.

-Nie do końca. Slade chce się zemścić także na tobie.

-A co ja mu takiego zrobiłam?! Nie chciałam zostać…

-Jego to nie obchodzi! – wykrzyknął lekko zdenerwowany Bruce – On jest psychopatą. Jedyne czego pragnie to zabić wszystkich i wszystko co stanie mu na drodze do zwycięstwa. Jeśli chcesz przeżyć musisz  nauczyć się bronić.

-Umiem się bronić.

Nie minęła sekunda, a Bruce spróbował uderzyć mnie pięścią w twarz. Zrobiłam szybki unik, ale mężczyzna od razu kopnął mnie w brzuch, a potem pięścią prosto w nos. Upadłam na ziemie i złapałam za ociekający krwią nos.

-Musiałeś Bruce?! – zapytał zdenerwowany Dick.

-Musiałem. Ona musi zrozumieć, że Wilson to nie przelewki – Wayne podszedł do mnie i wyciągnął rękę w moim kierunku. Niechętnie złapałam ją, ale nim zdążyłam porządnie stanąć na nogi Bruce przerzucił mnie przez plecy, a ja znów upadłam.

-Muszę przyznać, – wydusiłam – niezły jesteś – Powoli podniosłam się z ziemi. Z mojego nosa nadal ciekła krew. Do tego doszedł jeszcze ból pleców – Czy jest na sali jakiś lekarz? – niespodziewanie zza rogu wyszedł Pennyworth. W rękach trzymał tacę, a na niej leżały bandaże i opatrunki – Ty chyba zaplanowałeś to wszystko, co?

Bruce nic nie odpowiedział. Alfred opatrzył mój nos i zaparzył herbaty. Richard cały czas nie spuszczał mnie z oczu. Jezu! Jestem tu przecież bezpieczna. Nie musi mnie chronić.

-To kim w sumie jest Slade Wilson?

-To płatny zabójca. Kiedy przestał pracować dla twoich rodziców, stał się wojownikiem Ligii Zabójców.

-Czego?

-Liga Zabójców, to taki klan assasynów. Dowodzi nim Ras’ al. Ghul, który żyje już kilkaset lat dzięki Jamom Łazarza, które mają moc leczenia.

-Wilson trenował u ligi przez dłuższy czas, – kontynuował Bruce – ale później z niewiadomych nam przyczyn odszedł. Stał się zabójcom znanym jako Deathstroke. Potem Wilson dowiedział się, że ma córkę. Zaczął ją trenować, żeby wyrosła na zabójczynie, tak jak on.

-Deathstroke jest niebezpieczny. Musisz zacząć trenować. Będę ci pomagał. Razem z Brucem będziemy sprawdzać twój dom. Będziesz bezpieczna.

-To bardzo miłe z waszej strony, ale naprawdę sama sobie poradzę.

-Nie zrozumiałaś – powiedział Bruce – to jest pytanie. Musisz być ochraniana. Inaczej zginiesz.

-Dobra, słuchajcie. Nie będę się z wami kłócić. Chcecie bezczynnie siedzieć pod moim domem, proszę bardzo. Ale jak ciotka was zobaczy to…

-Co jest Angel?

-Ciotka! Jest już grubo po północy. Ona mnie chyba zabije. Szybko Dick! Musisz  mnie natychmiast odwieźć.

-Jasne. Wsiadaj na motor.

***

Tym razem Dick odwiózł mnie w niecałe pięć minut. Po cichu weszłam do domu, uważając by nie obudzić ciotki. Kiedy zamknęłam drzwi wejściowe światło się oświeciło. Na kanapie siedziała ciocia Isabel. Nie miała zbyt zadowolonej miny.

-Gdzie ty byłaś?!

-Na przejażdżce. Nie zabraniałaś mi wychodzić jeśli dobrze pamiętam.

-Żartujesz sobie?! Jest już wpół do drugiej!

-No i co z tego?!

-Nie tym tonem szczeniaku! Może twoi rodzice byli dla ciebie wyrozumiali i pozwalali ci na wszystko, ale wiedz, że ja taka nie jestem. Każdy twój postępek będzie miał konsekwencje.

-Nie wystraszysz mnie jakimiś karami.

-To nie będzie kara. Wyjeżdżamy z Gotham.

-Co?! Nie możemy! To mój dom!

-To zwykłe miasto. Wrócimy do mojego domu w Star City. Tam nauczę cię dyscypliny. A teraz marsz do pokoju.

Biegiem wleciałam po schodach i weszłam do mojego pokoju. Szybko zamknęłam drzwi i zaczęłam płakać. Zmęczona upadłam na podłogę. Poddaje się. Nie wytrzymam z tą kobietą. Jak ona może?! Gotham City to mój dom. Tutaj mieszkają wszyscy moi przyjaciele. Tutaj mieszka Dick! Nie mogę go znowu stracić!

niedziela, 13 lipca 2014

Rozdział VIII - Wspomnienia


Są chwile, które nigdy nie wrócą, ale w pamięci, będą trwać wiecznie…

Minął tydzień od śmierci rodziców. Ich pogrzeb odbył się cztery dni temu. Byli na nim wszyscy moi znajomi. Był oczywiście Dick z Brucem, Tessa, Emily i Jake. Były nawet Sara Lily i Emma. Jedyną osobą z mojej rodziny była moja ciocia Isabel, siostra mamy. Ciocia Isabel nie była zbyt dobrą siostrą. Z tego co wiem zawsze dokuczała mamie i podbierała jej chłopaków. Zawsze jednak była jej siostrą. Teraz to ona ma stać się moją prawną opiekunką. Właśnie dziś wprowadza się do naszego domu. Jedyna rzecz jaka mnie cieszy to to, że nie muszę się nigdzie przeprowadzać. Nie zniosłabym kolejnej rozłąki z Dickiem.

Siedziałam w salonie kiedy kilkoro mężczyzn wnosiło rzeczy cioci. Zajęło im to dobre poł godziny, choć były to same ubrania i kosmetyki. Kiedy wszystko było już na swoim miejscu do domu weszła ciocia. Była bardzo wysoką i szczupłą osobą. Miała długie brązowe włosy i oczy. Była ubrana w czarną sukienkę do kolan z odkrytymi plecami i czarne szpilki. Ciocia Isabel weszła do salonu i obejrzała mnie od góry do dołu.

-Cała matka – powiedziała z  pogardą – Mam nadzieję, że chociaż charakter masz ojca – chyba rozumiem czemu mama jej nie lubiła. Nie odezwałam się do ciotki. Dalej siedziałam nieruchomo na kanapie – Może wypadałoby mnie przywitać?

-Cześć.

-Widzę, że rodzice nie nauczyli cię dobrych manier. Będę musiała o zrobić za nich.

-Nauczyli mnie jak radzić sobie z wrednymi i aroganckimi ludźmi.

-Jeszcze jedno słowo, a przysięgam, że przez miesiąc nie opuścisz tego domu.

-Ale się boję – wstałam z kanapy i poszłam w stronę pokoju. Nie zdążyłam nawet dojść do schodów, gdy poczułam jak ktoś łapie mnie za nadgarstek. Była to oczywiście ciocia Isabel. Jej długie paznokcie wbijały się w moją skórę. Ciotka była dość silna. Nadgarstek zaczął mnie boleć, ale nie dałam tego po sobie poznać.

-Nie jestem taka jak twoja matka. Jeśli będziesz się wymykać, obrażać mnie albo nie wykonywać moich poleceń, gorzko tego pożałujesz.

Wreszcie wyrwałam się z uścisku ciotki. Od razu pobiegłam na górę i rzuciłam się na łóżko. Zaczęłam płakać. Czy tak ma wyglądać moje życie? Cały czas mam słuchać tej wiedźmy? Nie! Nie pozwolę na to. Muszę się gdzieś wyrwać. Sięgnęłam po telefon i zadzwoniłam do Dicka.

-Halo? – odezwał się głos w telefonie.

-Cześć Dick, tu Angel.

-Hej Angel. Jak się trzymasz?

-Jest ok.  Powoli przyzwyczajam się do bycia sierotą.

-Nie mów tak. Masz jeszcze swoją ciocię.

-Masz na myśli tę ciotkę wiedźmę? Ty jesteś dla mnie bliższą rodziną niż ona.

-Jest aż taka zła?

-Gorsza.

-Słuchaj, może gdzieś wyskoczymy?

-Czemu nie. Zrobię wszystko żeby uwolnić się od tej jędzy.

-Dobra. Przyjadę po ciebie za pięć minut.

-To na razie.

-Nara.

Dick rozłączył się. Bardzo się cieszyłam, że w końcu gdzieś pojadę. Muszę odpocząć od tych wszystkich problemów. Przebiorę się. Znając Dicka, to na pewno pojedziemy gdzieś daleko. Muszę więc mieć jakiś wygodniejszy strój. Zajrzałam do szafy. Nie zastanawiając się zbytnio wyciągnęłam szare jeansy, fioletową bluzkę na ramiączkach i czarną ramonezkę – moje ulubione ubrania. Założyłam wszystkie ciuchy i moje czarne motocyklówki. Po chwili usłyszałam dźwięk nadjeżdżającego motocyklu. Wyjrzałam przez okno.  Stał tam Richard. Był ubrany w czarne spodnie , skórzaną kurtkę i glany. Obok niego stał czerwony motocykl. Nie potrafiłam rozpoznać tego modelu, ani nawet marki.

Wolałam nie ryzykować przyłapania przez Isabel. Mój pokój nie był aż tak wysoko więc postanowiłam, że wyjdę przez okno. Otworzyłam je na oścież i skoczyłam na dach. Dick przyglądał mi się z wielką uwagą. Ostrożnie skoczyłam na trawę.

-Ładne zejście – pochwalił mnie Richard.

-Dzięki. To gdzie jedziemy?

-Wiesz, wczoraj do miasta przyjechał cyrk więc pomyślałem sobie, czemu nie?

-Bardzo chętnie. Ostatni raz byłam w cyrku… - kiedy zginęli rodzice Dicka.

-Tak, ja też.

-Nie jest ci ciężko? Przebywać w miejscu, które wiąże ze sobą tyle wspomnień?

-Zawsze jest ciężko. Jednak ja staram się kojarzyć te miejsca tylko z tymi najlepszymi wspomnieniami.

Najlepszymi wspomnieniami. To bardzo mądre. Do tej pory pamiętam moją pierwszą wizytę w cyrku. Było lato. Choć miałam tylko sześć lat, uciekłam z domu po kłótni z rodzicami. Do Gotham przyjechał wtedy cyrk, więc postanowiłam wybrać się na pokaz. Było jeszcze za wcześnie, ale ja nie miałam ochoty czekać. Po kryjomu wślizgnęłam się do namiotu cyrkowego. Znalazłam się na scenie. Byłam w miejscu gdzie za kilka godzin wystąpią ludzie z wielkimi talentami. Czułam się wyjątkowa. Niespodziewanie do namiotu wszedł chłopak, najprawdopodobniej w moim wieku. Miał krótkie, czarne włosy i niebieskie oczy. Gdy zobaczył mnie na scenie, był zdziwiony. Po chwili jednak zdziwienie znikło, a na jego twarzy pojawił się uśmiech. Chłopak nie miał wtedy zębów jedynek u góry i wyglądał bardzo śmiesznie. W jednym momencie zaczęłam śmiać się na cały głos.

-Co cię tak śmieszy?! – zapytał lekko zdenerwowany

-Twoje zęby! – wydusiłam nadal się śmiejąc

-Bardzo śmieszne hieno – mina mi spoważniała. Mogłam znieść wiele, ale nie przezwiska.

-Jak ty mnie nazwałeś?!

-Hiena, hiena!

-Ja ci dam hienę mały skunksie! - zaczęłam gonić chłopaka. Był dość szybki, ale nie tak szybki jak ja. Kiedy go dogoniłam, skoczyłam na niego. Oboje leżeliśmy na ziemi, tylko że ja leżałam na nim – I co teraz powiesz żartownisiu?

-Tylko jedno. Spadaj! - chłopak złapał mnie za włosy i zmusił do zejścia z niego. Kiedy wreszcie uwolnił się ode mnie, kopnął mnie w brzuch i wyrzucił w górę. Ja na szczęście nie straciłam głowy. Zrobiłam fikołka w powietrzu i wylądowałam na rękach, a potem znów stanęłam na nogi.

-Wiesz, że dziewczyn się nie bije!

-Dziewczyn może i nie, ale hieny mogę – zrobiłam wściekłą minę – Dobra już dobra. Rozejm? – chłopak wyciągnął dłoń w moją stronę, a ja niechętnie uścisnęłam ją – Jestem Dick Grayson.

-A ja Angel Ross.

***

Czas spędzony z Dickiem w cyrku był naprawdę świetny. Dobrze było wreszcie odetchnąć i przestać myśleć o śmierci rodziców. Było już dość późno, ale Richard chciał mnie zabrać w jeszcze jedno miejsce. Tym razem nie powiedział gdzie.

Jechaliśmy już jakieś dziesięć minut. Robiło się to już trochę nudne. Do tego miałam wrażenie, że jeździmy w kółko. Wreszcie nie wytrzymałam. Musiałam zapytać się Dicka gdzie jedziemy.

-Powiesz mi wreszcie dokąd mnie zabierasz i czemu jeździmy w kółko?

-Muszę się upewnić, że nikt nas nie śledzi.

-Po co ktoś miałby nas śledzić?

-Jest kilka powodów…

-Podaj choć jeden!

-Choćby dlatego, że jesteś super żołnierzem i ściga cię Slade Wilson.

-Skąd ty to wiesz? 

-Później ci wszystko wyjaśnię. Zaraz będziemy na miejscu – po chwili wjechaliśmy w wąską ulicę ze ślepym zaułkiem. Pomimo braku żadnego wyjścia, Dick nadal nie zwalniał.

-Ściana Dick.

-Wiem.

-Ściana!

-Wiem!

W ostatnim momencie ściana uniosła się w górę, a my wjechaliśmy w jakiś tunel. Rozglądałam się i próbowałam jakoś rozgryźć gdzie jesteśmy. Chwilę później wjechaliśmy do wielkiej jaskini. Cała jaskinia była oświetlona. Znajdowało się w niej wiele sprzętu do ćwiczeń, komputerów, miejsc na motory. Moją uwagę szczególnie przykuła wielka moneta, sztuczny Dinosaur i karta Joker. Dick zatrzymał się i zszedł z motoru.

-Gdzie my jesteśmy Dick?
-Po części w moim domu. Witaj w jaskini Batmana.

czwartek, 3 lipca 2014

Rozdział VII - Zdrada


Naj­gorsi wro­gowie to ci dwu­lico­wi przyjaciele...nig­dy nie wiesz po czy­jej są stro­nie, czy można ich pro­sić o po­moc, cze­go się można po nich spodziewać i kiedy zos­ta­niesz zaatakowany...

Siedziałam na łóżku szpitalnym. Choć po naszej bójce z nieznajomym nic mi się nie stało to lekarze i tak postanowili mnie obejrzeć. Wcale nie miałam ochoty tu siedzieć. Chciałam iść do Rose i Dicka aby sprawdzić co z nimi, ale nikt nie pozwalał mi wychodzić.

 Niespodziewanie do pokoju weszli moi rodzice. Oboje przytulili mnie mocno i usiedli obok mnie na łóżku.

-Jak dobrze, że nic ci się nie stało – powiedziała drżącym głosem mama

-Czemu nie zaczekałaś na ochroniarza?

-Spóźniał się i to długo.

-I tak powinnaś poczekać – pokazałam tacie język, a ten chyba się uśmiechnął – Najważniejsze, że wszyscy są cali. Lekarze cię zbadają i za jakąś godzinę będziemy w domu – Mama pocałowała mnie w głowę. Rodzice wstali z łóżka i zaczęli kierować się w stronę drzwi. Nie mogłam już wytrzymać. Musiałam ich spytać co przede mną ukrywają.

-Tato!

-Tak?

-Muszę cię o coś zapytać.

-Coś się stało?

-Ten mężczyzna, który nas zaatakował, myślę że to on grozi naszej rodzinie. Wiem też, że jesteście wplątani w coś niebezpiecznego i że ukrywacie wiele przed policją – rodzice spojrzeli na siebie i z powrotem usiedli na łóżku

-Masz rację Angel – zaczął tata – ukrywamy przed tobą i przed policją wiele, ale to dlatego, że chcemy cię ochronić.

-Myślę jednak – dodała mama – że jesteś już wystarczająco duża aby znać prawdę.

-Otóż osiemnaście lat temu pewna grupa naukowców i biznesmenów postanowiłam stworzyć idealnego żołnierza. W skład tej grupy wchodziliśmy my, Bruce Wayne, Samuel Stick, Marta Bricks, Sara Galloway i Kirk Langdtrom. Byliśmy przekonani, że taki żołnierz zapewni nam umowę z wojskiem i wiele pieniędzy do końca życia. Stworzyliśmy więc laboratorium, zebraliśmy ochotników i rozpoczęliśmy badania. Przez dłuższy czas nie osiągaliśmy efektów. Nie pomogło nam też to, że Wayne zrezygnował, bo uznał to za zbyt niebezpieczne. W końcu jednak udało nam się. Stworzyliśmy serum, które czyniło człowieka super żołnierzem. Niestety wkrótce się przekonaliśmy na jak cienkim stoimy lodzie. Nasz obiekt testowy owszem był silny, miał wyostrzone zmysły, ale pojawiły się efekty uboczne. Agresja, napady szału nie do opanowania, a nawet lekka psychoza. Nasz żołnierz był nie do opanowania. Wtedy zrozumieliśmy, że serum należy podać już w pierwszych chwilach życia.

-Chcieliście podać je noworodkowi?!

-I podaliśmy – powiedziała ze wstydem mama – Był to nasz największy błąd.

-Nigdy nie powinniśmy się posuwać do czegoś takiego. Dziecko, któremu podaliśmy serum nie doznało żadnych efektów ubocznych, ale za to nasz poprzedni obiekt testów…

-Uznał, że go zdradziliśmy – dokończyła mama – Powiedział, że chcemy go zastąpić i że kiedy nie będzie nam już potrzebny zabijemy go.

-Co w ogóle jest prawie nie możliwe.

-Teraz ten człowiek chce się zemścić – przez chwilę nic nie mówiliśmy. Nie mogłam uwierzyć, że rodzice zrobili coś tak okropnego. Nadal jednak nurtowały mnie dwa najważniejsze pytania.

-Podaliście serum dziecku. Kim ono jest? – rodzice nic nie odpowiedzieli. Tata spuścił głowę, a mama była już bliska płaczu – Kto?! Kto dostał serum?!

-Ty! – wykrzyknął wreszcie tata, a ja znieruchomiałam – Akurat wtedy twoja mama była w ósmym miesiącu ciąży. Postanowiliśmy poczekać ten jeden miesiąc i wstrzyknąć ci serum.

-Jak mogliście?! Jestem waszą córką, a nie obiektem testowym?!

-Wiemy. Nie wiem czemu, ale wtedy uważaliśmy to za najlepsze rozwiązanie.

-I co? Jakoś nie mam żadnej super siły.

-Jeszcze nie. Masz wyostrzone zmysły, jesteś nad wyraz giętka i raczej nie masz problemów z wysiłkiem fizycznym. To dopiero początek. Później twoje zdolności będą coraz większe.

-No dobrze, jestem super żołnierzem. Mam jeszcze jedno pytanie. Kto chce nas zabić.

-Ten mężczyzna nazywa się Slade Wilson i… – dokładnie w tym momencie ktoś zamknął drzwi. Rodzice próbowali je otworzyć, ale na próżno. Wtedy przez otwór wentylacyjny do pokoju zaczął wpływać jakiś gaz. Zaczęliśmy się nim krztusić. Wtedy w głośniku usłyszałam znajomy głos.

-I jest moim ojcem – powiedziała Rose – On chce waszej śmieci, a ja mu w tym pomogę.

-Jak możesz Rose?! Przecież jesteśmy przyjaciółkami!

-Nie! Nie jesteśmy! To wszystko było tylko na pokaz. Miałaś mnie polubić, uznać że jesteśmy podobne. Złapałaś moją przynętę, a teraz ty i twoi rodzice zginiecie przez to. 

Rose już nic nie powiedziała. Już prawie nie mogliśmy oddychać. Tata próbował wyważyć drzwi, ale na próżno. Okien też nie dało się zbić. Stąd nie było ucieczki. Wtedy mama podeszła do mnie i założyła mi maskę tlenową.

-Oddychaj – powiedziała ciężkim głosem – Masz przeżyć, rozumiesz?

-Mamo! Nie mogę…

-Musisz dać sobie radę! Kocham cię. Wiem, że jesteś silna.

-Mamo nie!

Mama powoli zamykała oczy. Tata leżał już nieprzytomny. Łzy wypływały z moich oczu. Krzyczałam i wołałam o pomoc, ale nikt nam nie otwierał. Widziałam jak rodzice po raz ostatni wdychają zatrute powietrze.

W końcu ktoś otworzył drzwi i wyprowadził mnie z pokoju. Gaz został odciągnięty, a lekarze próbowali uratować rodziców. Niestety było już za późno. Zginęli. Umarli, żebym ja mogła żyć. Żyję tylko dzięki poświęceniu mojej matki.

***

Siedziałam na komisariacie i próbowałam poskładać jakoś wszystkie fakty. Moi rodzice nie żyją przez Slade’a i Rose Wilson. Mam zamiar się zemścić. Sprawię aby oni cierpieli tak jak ja. Nie będę miała litości. Nie będę miała wyrzutów. Zabiję ich z zimną krwią i nikt mnie nie powstrzyma. Nikt.

czwartek, 19 czerwca 2014

Rozdział VI - Przyjaciele

Rozmowa w cztery oczy i poznajemy człowieka od innej strony…

Przez całą pierwszą lekcję zastanawiałam się jak opowiedzieć Dickowi tą całą sytuację, w której się znalazłam. Myślałam też o nowej dziewczynie. Kim ona była? Skąd się wzięła. Te pytania nie dawały mi spokoju, a więc zaraz po lekcji poprosiłam Tessę, aby dowiedziała się od starszych dziewczyn czegoś o tej nowej. Ta oczywiście była zachwycona tym, że może się wreszcie wtrącić w nieswoje sprawy. Kiedy Tess poszła, znalazłam Dicka i opowiedziałam mu całą historię z włamaniem do domu, człowiekiem, który chce nas zabić i dziwnym przedsięwzięciem moich rodziców. Z każdym słowem, które wypowiadałam robiło mi się lżej bo wiedziałam, że wreszcie nie jestem sama w tej groźnej sytuacji. Z drugiej strony, kiedy patrzałam na Dicka, wydawało mi się, że nie czuje on zmartwienia, a jedynie złość i chęć ukarania tego kto nam zagraża. Skąd w nim tyle nienawiści?

Kiedy wreszcie opowiedziałam mu wszystko, zadzwonił dzwonek na lekcję. Właśnie mieliśmy W-f. Na tej lekcji byliśmy łączeni ze starszymi od nas o rok nastolatkami. Miałam okazję porozmawiać z nieznajomą.

Kiedy weszłam do szatni dla dziewczyn, Tessa złapała mnie i zaciągnęła do ubikacji.

-Dowiedziałam się kilku rzeczy o tej nowej – powiedziała szeptem

-Tessa, nie musisz szeptać. Nikt nas tu nie usłyszy.

-Dobra, dobra. Niech ci będzie. A więc, ona nazywa się Rose Wilson. Jest córką milionera Slade’a Wilsona. Tydzień temu przeprowadzili się ze Star City.

-Dlaczego?

-Nikt nie wie. Może przez interesy.

-Dzięki Tessa. Bardzo mi pomogłaś.

-Wiem, to nic nowego – Tess zaśmiała się i wyszła z ubikacji. Ja też wyszłam i zaraz potem przebrałam się w mój strój na W-f. Założyłam białą bluzkę na ramiączkach i krótkie czarne spodenki. Weszłam na salę gimnastyczną. Większość dziewczyn ćwiczyło gimnastykę, a część gadała i robiła sobie zdjęcia. Łatwo więc było dostrzec siedzącą na ławce dziewczynę o białych włosach. Była ubrana w czarny podkoszulek i leginsy tego samego koloru. Niepewnie podeszłam do Rose i usiadłam obok niej.

-Cześć, jestem Angel – Rose nic nie odpowiedziała – Ty jesteś Rose?

-Ciekawe skąd to wiesz?! – powiedziała gniewnym tonem dziewczyna -  Twoja wścibska koleżaneczka ci powiedziała?!

-Co? Nie!

-Akurat! Może myśli, że jak zapyta się o mnie dziewczyn z klasy to żadna mi tego nie powie?! 

-Słuchaj Rose, przepraszam. Nie chciałam…

-Nie chciałaś co?! Przecież widzę że mi nie ufasz. Już, kiedy pierwszy raz mnie zobaczyłaś, patrzałaś na mnie jak na jakiegoś przestępcę.

-Nie prawda! Prosiłam Tessę aby dowiedziała się czegoś o tobie bo chciałam się z tobą zaprzyjaźnić – skłamałam – Jak widzę to raczej nie wyjdzie.

-Raczej nie. Ja nie byłabym dobrą przyjaciółką.

-Skąd wiesz?

-Bo nigdy jej nie miałam! Zamiast przyjaciół, miałam trenerów, którzy dbali o to, bym umiała sama o siebie zadbać. Uczyli mnie gimnastyki, różnych sztuk walki i władania bronią, ale przez to nie mogłam mieć przyjaciół. Wiesz jak to jest, kiedy co noc słyszysz jakieś kłótnie, krzyki? Kiedy twoi najbliżsi ukrywają coś przed tobą? Wiesz jak to jest stracić coś, na czym najbardziej ci zależało? – W głosie Rose wyczułam ból. Bardzo dużo bólu. Zaczęło robić mi się jej żal. Teraz już nie widziałam w niej jakiejś demonicznej nastolatki, ale biedną i skrzywdzoną dziewczynę podobną do mnie.

-Wiem. Wiem jak to jest – Dziewczyna spojrzała na mnie ze łzami w oczach. – Co noc, kiedy kładę się spać, słyszę jak moi rodzice kłócą się o jakieś małoważne rzeczy. Ukrywają przede mną to co najważniejsze. Rany, oni nawet nie pamiętają o moich urodzinach.

-Przynajmniej masz obu rodziców.

-Tak, mam. Ale na wiele lat straciłam osobę, która znaczyła dla mnie najwięcej. Teraz ją odzyskałam i nareszcie cieszę się życiem. Może jeśli i ty znajdziesz przyjaciółkę, to zaczniesz cieszyć się życiem.

-Może masz rację – Rose uśmiechnęła się – Czy zostaniesz moją przyjaciółką?

-Oczywiście – Przytuliłam Rose, a ona odwzajemniła uścisk. Po chwili usłyszałyśmy jak dziewczyny siedzące dwie ławki za nami zaczęły się śmiać. Była to „elita” naszej szkoły. Sara - najgłupsza dziewczyna świata, Lily – mistrzyni ciętych ripost i ich królowa Emma – diabeł w łódzkiej postaci. Zawsze musi mieć wszystko najlepsze, zawsze musi mieć rację i zawsze ona musi wygrać. Cała trójca dziewczyn podeszła do naszej ławki. Sara miała długie blond włosy i zielone oczy. Lily za to miała ciemne brązowe oczy i włosy. Emma także była blondynką, ale miała niebieskie oczy.  Wszystkie były szczupłe i wysokie, ubrane w różowe podkoszulki i króciutkie czarne spodenki.

-Widzę, że nasz aniołek porażki znalazł sobie odpowiedniego kompana niedoli – powiedziała drwiąco Emma.

-Masz rację Emma – dodała Lily – te dwa szczury idealnie pasują do siebie, ale nie wiem jak dostały się do szkoły. Czy wszystkie kanały były już zajęte?

-No nie wiem, a czy wszystkie śmietniki były pełne? – odpowiedziała im Rose

-No proszę, nasza nowa dziewczynka ma cięty język – odezwała się Emma – Może pasowałoby go trochę skrócić?

-A może zaraz walne cię w tą twoją implantową buźkę?! – Jeszcze raz odgryzła jej Rose. Emma wyglądała na bardzo zdenerwowaną. Podeszła bliżej do Rose, a ta wstała i spojrzała jej prosto w oczy.

-Mogę cię zniszczyć. Nie próbuj wchodzić mi w drogę bo gorzko tego pożałujesz. To ja tutaj jestem królową i rządze swymi poddanymi niczym pszczoła. Uważaj, bo mogę ukąsić.

Rose przez dłuższy czas nic nie odpowiadała. Kiedy Emma chciała od niej odejść uderzyła ją głową prosto w nos. Emma odsunęła się od nas o kilka kroków. Rose musiała uderzyć ją bardzo mocno bo z nosa zaczęła wypływać krew.

-Zobaczymy się w sądzie zd***o!

-Tylko podaj datę. Dopiszę sobie do kalendarza – Wtedy cała sala gimnastyczna zaczęła się śmiać. Emma i jej poddane wyszły z sali najprawdopodobniej do pielęgniarki albo dyrektorki. 

-Pewnie będę miała przerąbane – powiedziała smutno Rose.

-Nie martw się. Powiem, że Emma sama cię podpuszczała.

-Dzięki Angel.

-Nie ma sprawy. Od tego są przyjaciele – Rose uśmiechnęła się.

Po kilkunastu minutach zaczęłyśmy z powrotem przebierać się w nasze ubrania. Chwilę później zadzwonił dzwonek. Razem z Rose poszłam stawić czoło pani dyrektor. Na szczęście ni9e było aż tak źle. Nastolatka dostała tylko upomnienie. Założę się, że jej tata musiał zafundować coś szkole. Tak robili moi rodzice kiedy coś nabroiłam.

Przez resztę lekcji nie zdarzyło się nic niezwykłego. Emma pojechała do szpitala bo okazało się, że nos jest złamany. Emily, Tessa, Dick i Jake poznali Rose i zaprzyjaźnili się z nią. Tylko Dick był trochę dziwny. Kiedy usłyszał jej nazwisko zdziwił się i jednocześnie zdenerwował. Ten chłopak robił się coraz bardziej tajemniczy.

Kiedy zajęcia się skończyły Dick i Rose poczekali ze mną przed szkołą. Mój mowy ochroniarz się spóźniał. Przez jakieś piętnaście minut staliśmy jak ten słup soli i czekaliśmy. W końcu się zdenerwowałam. Nie miałam ochoty tak tu na niego czekać. Postanowiłam więc wrócić do domu z Rose i Dickiem.

Szliśmy przez wąskie uliczki między blokami w Gotham. Była dopiero szesnasta ale słońce schowało się za chmurami i zrobiło się prawie całkiem ciemno. W pewnym momencie Dick zatrzymał się i zaczął czegoś nasłuchiwać.

-O co chodzi? – zapytałam

-Ktoś nas obserwuje.

Po chwili z ciemności wyłonił się jakiś mężczyzna. Był wysoki i umięśniony. Miał na sobie czarno – szarą zbroję, a na głowie pomarańczowo – czarną maskę. Mężczyzna nie wykonywał żadnych ruchów, tak i my. Niespodziewanie napastnik wyciągnął z pokrowca katanę i podszedł w naszą stronę. Cofnęliśmy się o kilka kroków. Wtedy Dick ruszył na nieznajomego.

-Dick! – krzyknęłam z przerażeniem.

Richard jednak nie reagował. Próbował powalić napastnika, ale ten był od niego większy i silniejszy, a do tego miał broń. Dickowi udało się wyciągnąć jego drógą katanę, ale wtedy ten kopnął go w brzuch, a potem w twarz. Richard upuścił miecz stracił przytomność. Już chciałam chwycić broń kiedy Rose złapała za katanę i zaczęła walkę z napastnikiem. Była naprawdę dobra, ale on był lepszy. Odpierał jej ataki, a kiedy nadarzyła się okazja sam atakował. Wtedy mnie olśniło. Z tyłu spodni miałam broń odebraną wtedy temu złodziejowi. Wyciągnęłam pistolet i wymierzyłam go w napastnika. Kiedy ten złapał Rose za włosy i uderzył nią o ścianę, nacisnęłam na spust. Kula trafiła go nogę. Ten zawył z bólu. Nie spodziewał się, że mogę strzelić do niego z pistoletu. Wtedy spojrzał na mnie i powiedział:

-Tym razem ci się udało przeżyć. Następnym razem sprawię, że będziesz krwawić.

Napastnik schował katanę do pokrowca i odszedł. Szybko podbiegłam do Rose i Dicka. Dziewczyna była cała, ale Richard nadal nie odzyskiwał przytomności.

-Musimy go zanieść do szpitala – powiedziała Rose.

-Najbliższy jest dziesięć minut stąd na piechotę. Musimy zadzwonić po karetkę.

-Masz rację. Zostań z nim. Ja zadzwonię.

Rose odeszła zadzwonić, a ja zostałam z Dickiem. Pogładziłam go po głowie i pomodliłam się o to, by nic mu się nie stało. Obronił mnie. Oboje mnie obronili. Ale w końcu od tego są przyjaciele.      

niedziela, 25 maja 2014

Rozdział V - Plan

”Piekło jest puste, a wszystkie demony są tutaj”. – William Shakspeare

Przez resztę dnia policja sprawdzała dom. Musieli mieć pewność, że nie ma tu żadnej bomby lub trucizny. Zadzwonili też oczywiście po rodziców. Na pewno nie byli szczęśliwi gdy usłyszeli, że ktoś zdemolował im dom i zagroził ich życiu. 

Usłyszałam jak drzwi do domu się otwierają, a do salonu wchodzą moi rodzice. Wystraszeni podbiegli do mnie i przytulili.
Byli dziwnie opiekuńczy.

-Jak dobrze, że nic ci się nie stało – powiedziała mama drżącym głosem

-Wszystko ok mamo. Nie musisz się martwić –Rodzice mocniej mnie przytulili. Byli bardzo przejęci i zdenerwowani. Chwilę później podszedł do nas mężczyzna, średniego wzrostu, o siwych włosach, wąsach i niebieskich oczach. Był ubrany w beżową koszulę, czarny krawat, buty, szare spodnie i płaszcz. Na nosie miał okulary. Podał rękę moim rodzicom i przedstawił się.

-Jim Gordon, komisarz policji Gotham.

-Robert Ross, a to moja żona Stella.

-Tak wiem. Dobrze, że państwa córka tak szybko do nas zadzwoniła. Udało nam się zebrać wszystkie próbki i ustalić czyją krew napisano ten napis. Wyjaśnię państwu wszystko, ale na osobności – Tata pokiwał porozumiewawczo głową i wskazał na drzwi do swojego gabinetu. Wszyscy poszli do pokoju i zamknęli za sobą drzwi. Nie mogłam tak po prostu siedzieć. Musiałam wiedzieć czyja była ta krew. Po cichu podeszłam do drzwi i przystawiłam do nich ucho. Z łatwością mogłam usłyszeć ich rozmowę.

-Ustaliliśmy, że krew należy do Kirka Langstroma. W zeszłym tygodniu on i jego rodzina zostali znalezieni martwi w ich domu. Oni także mieli krwawy napis na ścianie. Wiemy, że mamy do czynienia z przemyślanymi zabójstwami. Ktoś ma wyraźny plan. Miesiąc temu zamordowano pierwszą rodzinę. Każdą kolejną mordowano co tydzień. Ofiary nie miały jednak ze sobą żadnego związku.

-Znaliśmy Langstroma – powiedział tata – przez kilka lat pracował w naszej firmie. Był naszym najlepszym pracownikiem, ale potem odszedł do korporacji Wayne’a. Nie widzieliśmy się od dawna.

-To i tak już coś.

-Co z resztą zabitych? – zapytała mama – Kim byli? Może moglibyśmy ich rozpoznać.

-Pierwszego zamordowano Samuela Sticka, następnie Martę Bricks, Sarę Galloway, no i Kirka Langdtroma. Czy znacie państwo kogoś z nich.

-Wszystkich – odpowiedział tata – Oni byli pracownikami naszej firmy. Pracowali u nas jakiś czas, ale potem tak samo jak Langstrom przeszli do Wayne’a.

-Więc wszystko wiąże się państwem i z Brucem Waynem. Każe porozstawiać policjantów na terenie domu. Mieli państwo wielkie szczęście. Żyjecie dlatego, że nie było was w domu. Proszę na siebie uważać. Najlepiej nie wychodźcie z domu.

-Wynajmiemy ochroniarzy. Dziękujemy za pomoc komisarzu.

Usłyszałam jak rodzice i Gordon wstają z krzeseł. Szybko odeszłam od drzwi i usiadłam na kanapie. Kiedy wyszli z pokoju, podali sobie ręce i Gordon wyszedł. Rodzice poszli do kuchni i napili się wody. Byli wystraszeni. Nie dziwię im się. Nurtuje mnie tylko jedno pytanie. Dlaczego Gordon powiedział, że ofiary nie były ze sobą powiązane, skoro wszystkie pracowały u moich rodziców? Nie mieli tego w aktach? Może ktoś specjalnie wymazał tę pracę z ich życiorysu. Musze się tego koniecznie dowiedzieć.

Wstałam z kanapy. Chciałam jak najszybciej pójść do Dicka i ostrzec go. On też może być w poważnym niebezpieczeństwie.

Kiedy byłam już tuż obok drwi, ktoś złapał mnie za rękę. Momentalnie odwróciłam się i zobaczyłam, że to tata.  

-A ty dokąd się wybierasz młoda damo?

-Do przyjaciela.

-Na pewno nie teraz. Do póki nie dostaniesz ochroniarza nie wyjdziesz z tego domu.

-Tato!

-Bez dyskusji! Idź do siebie, ale już.

-Dobra.

Powoli poszłam schodami na górę. Weszłam do pokoju i zatrzasnęłam za sobą drzwi. Byłam wściekła. Sama umiem o siebie zadbać. Nie potrzebuję ochrony.

Po jakiś dziesięciu minutach usłyszałam krzyki. Znów się kłócili. Byłam ciekawa o co tym razem. Wyszłam z pokoju i podeszłam jak najbliżej schodów. Teraz mogłam uważnie przysłuchać się ich kłótni.

-Musimy coś z tym zrobić  - powiedziała mama

-Niby co? Może mam do niego pójść i zwyczajnie poprosić, żeby nie zabijał mojej rodziny?!

-Może tak należy zrobić!

-Akurat! Nawet jakbym chciał do niego pójść, nie wiem gdzie go znaleźć.

-Nigdy nie powinniśmy tego zaczynać.

-Może masz rację, ale teraz nie możemy się wygadać. Musimy siedzieć cicho.

-Może jeśli powiemy o tym policji, to uchronimy naszą rodzinę.

-Nie możemy ryzykować Stella. Trzeba to przeczekać. Wynajmiemy najlepszych ochroniarzy w kraju. Wszystko się ułoży.

-Wiesz, że on ich pokona.

-Nie pokona. Obiecuję ci to.

Rodzice nie powiedzieli nic więcej. Nie mam pojęcia o co im chodziło. Wiedzą, kto chce nas zabić? Co ukrywają przed policją. Muszą być zamieszani w coś niebezpiecznego.

Szybko wróciłam do pokoju i zamknęłam za sobą drzwi. Byłam zmęczona po tym całym dniu. Teraz chciałam tylko iść spać. Przebrałam się w krótkie fioletowe dresy, czarną bluzkę na ramiączkach i poszłam spać.

Następnego dnia widziałam jak rodzice jadą gdzieś samochodem. Razem z nimi był jakiś nieznany mi mężczyzna, pewnie ich nowy ochroniarz. Ciekawe kogo mi wybrali. Szybko umyłam się, uczesałam i ubrałam. Następnie zjadłam śniadanie i poszłam do szkoły. Na dworze czekał na mnie wysoki, umięśniony mężczyzna o ciemno brązowych włosach i oczach. Był ubrany w czarny garnitur, wyjściowe buty, krawat i białą koszulę. Podszedł do mnie i przedstawił się.

-Witam cię Angel. Nazywam się Steven Schoot. Od dziś będę twoim ochroniarzem.

-Cześć Steven. Mogę ci mówić Steve?

-Oczywiście. Możesz do mnie mówić jak chcesz. Mam do ciebie tylko jedna prośbę. Nie próbuj uciekać, robić mi kawałów, ani kłócić się ze mną. Nie ochraniałem jeszcze dzieci więc daj mi trochę forów.

-Jasne, ale tak a propos, to masz trzy prośby.

-Nie, mam trzy zasady. Prośba jest jedna. Przestrzegaj ich.

Steve uśmiechnął się i podszedł w stronę czarnego mustanga. Był to jeden z naszych samochodów. Pewnie teraz tak będę podróżować do szkoły. Bomba. Steven otworzył mi drzwi, a ja wsiadłam do samochodu. Mężczyzna zajął miejsce kierowcy i po chwili wyjechaliśmy. Nadal byłam trochę zdenerwowana wczorajszymi zdarzeniami. Naciągałam rękawy fioletowej bluzki i starałam się zabić czas. Sięgnęłam do torby i wyciągnęłam z niej małe lustereczko. Poprawiłam moje czarne włosy i pomalowałam usta błyszczykiem.  Schowałam lusterko i poprawiłam moją czarną, skurzaną kamizelkę. Upewniłam się, że mam zapięty rozporek moich czarnych jeansów i poprawiłam wiązanie moich fioletowych conversów. Byłam gotowa.

Po kilu minutach byłam już w szkole. Steve oczywiście musiał krzątać się wokół mnie i sprawdzać czy wszystko na pewno jest dobrze. Wiedziałam, że to będzie dla mnie ciężkie, ale musiałam jakoś dać radę.

Starałam się znaleźć Dicka, albo chociaż Emily. Niespodziewanie znalazłam całą czwórkę moich przyjaciół siedzących na trawie obok szkoły. Podbiegłam do nich i usiadłam obok Dicka.

-Hej, co tam? – zapytała Tessa – Czemu nie było was wczoraj w szkole?

-Postanowiliśmy wybrać się na małą wycieczkę – odpowiedział za mnie Dick. Chciałam go jak najszybciej stąd zabrać i powiedzieć mu co się stało, ale nie miałam okazji. Do tego za chwile miała zacząć się lekcja.

-Czyli poszliście na wagary. Wiedziałam! – Tess aż krzyczała z radości. Jak znam życie to założyła się z kimś o to, gdzie byliśmy – Nasz nowy chłopiec sprowadza Angel na złą drogę.

-Albo po prostu pomaga jej się trochę zabawić – usprawiedliwiła Dicka Em. Tessa wzruszyła ramionami.

-To i tak nie jest teraz ważne. Mam kolejną super nowinę!

-Niech zgadnę, mamy nowego ucznia w szkole?

-Skąd wiedziałaś Angel?! To miał być news!

-Ja tylko strzelałam.

-Wiem, wiem. Tak czy inaczej, ona jest od nas o rok starsza i jest bogata, tak jak ty Angel. Ma się tu dzisiaj zjawić.

Dokładnie w tym momencie przed szkołą pojawiła się długa, czarna limuzyna z zaciemnionymi szybami. Kierowca samochodu otworzył tylne drzwi, a z limuzyny wyszła wysoka, szczupła dziewczyna o niebieskich oczach i długich białych włosach. Z uniesioną głową szła w stronę budynku. Nie wiem czemu, ale nie ufam jej. Jest w niej coś, demonicznego. Nie mam zamiaru się do niej zbliżać. Po prostu nie chcę wpakować się w kłopoty, które ta dziewczyna może sprowadzić.